Portal Instytutu Sportu – Państwowego Instytutu Badawczego dla trenerówinsp.pl
Forum Trenera, strona główna

Wojciech Topór: są same plusy powrotu do Polski Stefana Horngachera

– Każdy z zawodników kadry B może nas zaskoczyć w tym sezonie. I mówię to z pełnym przekonaniem. Wciąż mamy rezerwy i nad tym pracujemy – powiedział Wojciech Topór, trener kadry B polskich skoczków narciarskich. Przed ubiegłą zimą to właśnie z tej grupy wybił się Kacper Tomasiak, który potem sięgnął po trzy medale zimowych igrzysk olimpijskich.

12 min czytaniaTekst: Rozmawiał Tomasz Kalemba 29 października 2026
Grupa zawodników i trenerów z nartami przed skocznią
Fot. Archiwum prywatne Wojciecha Topora

Rozmawiał Tomasz Kalemba

„Forum Trenera”: Jest pan trenerem zaplecza kadry A w polskich skokach narciarskich. To bardzo odpowiedzialne zadanie, bo na panu spoczywa szlifowania talentów, które w przyszłości mają stanowić o sile tej dyscypliny sportu w Polsce. Trafiają też jednak do tej kadry zawodnicy, którzy potrzebują się odbudować.

Wojciech Topór: - To prawda. Kadra B jest mocno zróżnicowana wiekowo i tak jest już od kilku lat. W grupie jest kilku starszych zawodników. Także takich, którzy skończyli 30. rok życia. Są też naprawdę młodzi skoczkowie. I takie połączenie bardzo mi się podoba. Sprawdza się taka struktura kadry. Starsi i bardzo doświadczeni zawodnicy przekazują tym młodszym swoją wiedzę. Z kolei skoczkowie na dorobku mają fantazję i energię, z której czerpią też weterani. Dzięki temu w grupie jest bardzo dobra atmosfera. Naprawdę fajnie to działa. Często słyszę, że to jest niewdzięczna praca, ale nie dlatego, że pracuję w cieniu. To mi nie przeszkadza i sam też nie szukam rozgłosu. Mam tu na myśli sytuację, kiedy do kadry B trafiają skoczkowie głównej grupy – bo akurat są w słabszej formie – I trzeba ich odbudować. Trudnością jest też to, kiedy w kadrze B pojawiają się naprawdę młodzi, ale świetnie rokujący zawodnicy, których pewnych rzeczy trzeba uczyć od nowa. Czasem jest trudno. Nie ukrywam.

Ciężką pracę, którą wykonuje się w zaciszu, chyba wynagradzają takie momenty jak ten, kiedy zawodnik, którego prowadziłeś, zdobywa medal olimpijski, wskakuje do kadry A albo do Pucharu Świata i tam sobie dobrze radzi? To chyba też sprawia, że może pan czuć wielką satysfakcję z tego, co robi?

Bardzo się cieszyłem z tego wielkiego sukcesu Kacpra Tomasiaka w zimowych igrzyskach olimpijskich. Tym bardziej że przygotowywał się do sezonu zimowego w kadrze B. On był w naszej grupie od początku letnich przygotowań aż do pierwszych startów w Pucharze Świata. Dopiero potem poszedł pod skrzydła trenerów w kadrze A. Nie ukrywam, że płakałem ze szczęścia, kiedy Kacper stawał na podium olimpijskim i to aż trzykrotnie. Z perspektywy czasu to było jednak też uczucie słodko-gorzkie.

Dlaczego?

Cieszyłem się bardzo, jak chyba każdy w Polsce. Radość była tym większa, że miałem spory wkład w to, jak Kacper skakał od początku zimy. Gorzko było jednak, kiedy usłyszałem od wysoko postawionej osoby w PZN, że on w kadrze B trenował może tylko dwa miesiące i że to w ogóle nie jest nasza zasługa. To zabolało. Dodatkowo nie otrzymaliśmy z PZN żadnej nagrody, choć inni dostali je za ten sukces.

Doskonale pan wie, co przechodzi trener, który pracuje na zapleczu. Pana droga też nie była łatwa, bo przeżył pan zwolnienie z pracy, ale to jest taki zawód, w którym jest to wkalkulowane w ryzyko. W skokach, co pokazują poprzednie lata, ważna jest ciągłość pracy i znajomość skoczków od podszewki.

Nasze środowisko jest nieduże i każdy zna tych wszystkich chłopaków. Dostrzegamy zatem na treningach talenty. Kiedy tylko ktoś z nas dostrzeże taką perełkę, to od razu dopytujemy o niego. A skoro wspomniał pan o ciągłości pracy, to w skokach to jest bardzo ważna kwestia. Od lat kadra A i kadra B współpracują ściśle ze sobą i to jest dobre. Kilka lat temu jednak za bardzo chciałem współpracować z kadrą A i za wszelką cenę starałem się robić wszystko jak oni. Jakieś dwa lata temu postawiłem jednak na swój system pracy i to się sprawdza. Nie oznacza to, że nagle wymyśliłem coś nowego, bo w skokach trudno o to, ale po prostu pracuję nieco inaczej.

To autorski projekt?

Nie. W skokach nie wymyślisz nagle nowych metod treningowych i nie zmienisz wszystkiego o 180 stopni. Przez wiele lat miałem szczęście współpracować z wieloma dobrymi fachowcami, trenerami, którzy osiągali wielkie rzeczy w sporcie. Bardzo dużo skorzystałem z ich wiedzy, doświadczenia.

Mówi pan, że nie ma czego wymyślać za bardzo, ale pamiętamy jak w 2017 roku przychodził do Polski Stefan Horngacher. Skoczkowie mówili wówczas, że wszystko się zmieniło. Nagle trzeba było pchać na progu, a nie wybijać się z niego. To była dla wielu zawodników nowość, ale ta zmiana przyniosła niesamowitą różnicę. Nagle polscy skoczkowie zaczęli rządzić na skoczniach świata.

Okazuje się jednak, że w skokach cały czas można coś wymyśleć. Jeśli chodzi o sprzęt, to wydaje się, że jest już chyba wszystko. Były słynne bolce w zapięciach, które zrewolucjonizowały skoki, a potem dokonała się też zmiana nart i butów. Kiedyś często mówiliśmy sobie, że nic nas już nie zaskoczy, za chwilę pojawiała się nowinka. I wówczas widzieliśmy, że to było takie proste, tylko nikt na to wcześniej nie wpadł. Takie są skoki. Tak samo było trochę ze zmianą techniki. Jeśli chodzi jednak o metody treningowe, to nie pojawiają się raczej jakieś wielkie zmiany. Trzeba byłoby trafić z czymś, jak w totolotka, żeby to się sprawdziło.

Tak naprawdę zmiany w technice i sprzęcie u polskich skoczków nastąpiły już wtedy, kiedy Stefan Horngacher przyszedł do pracy w Polsce pierwszy raz, gdy prowadził juniorów. Miałem wówczas szczęście być w tej kadrze, kiedy byłem zawodnikiem Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Mieliśmy w niej naprawdę świetnych trenerów, którzy bardzo dobrze nas wychowali. Kamil Stoch zresztą często wspominał wspaniałego trenera Krzysztofa Sobańskiego. Kiedy jednak przyszedł do nas Stefan, to otworzył nam wszystkim oczy i uzmysłowił, w czym tak naprawdę skaczemy, a w czym inne kraje. Kombinezon, jaki wówczas miałem, wydawał się normalny, ale jednak nie było w nim szansy na rywalizację.

Zespół zawodników i trenerów u podnóża skoczni narciarskiej
Fot. Archiwum prywatne Wojciecha Topora

Skoro wspomniał pan o technice i jej ewolucji, to w którą stronę ona teraz zmierza. Etap pchania na progu przynosił przez lata efekty. Potem nastąpiła modyfikacja, ale podobno znowu wraca się do tej techniki?

Prawda jest taka, że pchanie w skokach zawsze działało, ale na przestrzeni lat następowała ewolucja w technice. Skoki narciarskie to jest tak specyficzny sport, że mógłbym o tym pchaniu mówić godzinę i nie wiem, czy byłbym w stanie wytłumaczyć każdemu, o co mi chodzi. Każda dyscyplina ma swoje powiedzonka i triki. Czasami potrzeba nawet kilku lat, żeby umiejętnie to przekazać zawodnikowi. Najlepiej, jeśli samemu kiedyś się tego posmakowało. Do tego ważne jest wyczucie. Taki nos trenerski. Ja często nazywam to empatią sportową. Tu nie chodzi tylko o to, by zwracać uwagę na kąty i prędkości, ale też trzeba czuć skoki. Może bowiem coś wyglądać dobrze, wręcz książkowo, ale skoczek może się jednak źle czuć z tym, co robi. I na podstawie rozmowy z zawodnikiem trzeba jakby wczuć się w to, co siedzi w jego głowie i organizmie. I do tego dopasować każdy element skoku. Dodatkowo ważne jest umiejętne przekazanie wskazówek skoczkom. Do jednych trafia prosty język, a do innych przemawiają bardziej fachowe, specjalistyczne zwroty.

Sam pan był zawodnikiem, a teraz jest trenerem. Przez tych wiele lat skoki bardzo się zmieniły? A może bazuje się w tym sporcie na tym jednym systemie i tylko dopasowuje się technikę do sprzętu?

W ostatnich latach przepisy dotyczące sprzętu zmieniały się bardzo często, co nie ułatwiało pracy. Trzeba było szybko reagować. Latem ubiegłego roku wprowadzono przepisy, które zostały zmienione już po miesiącu. Ciągle musieliśmy zatem zmieniać kombinezony, a to nie pozostawało bez wpływu na technikę. Zasada skoku pozostaje jednak niezmienna – trzeba zostawić na progu energię, a w locie trzeba mieć wysokość i szybkość. Czasem jest tutaj jak z grą komputerową. Możesz wybrać zawodnika szybkiego, który jest jednak słabszy fizycznie albo mocniejszego, ale za to wolniejszego. Najlepiej jednak mieć takiego, który pogodziłby to wszystko.

Mówi pan – zostawić energię na progu. Jak to można wytłumaczyć obrazowo i w prostych słowach?

I tu wracamy do pchania. Często tłumaczy się zawodnikowi, nawet w trakcie ćwiczeń imitacyjnych, że zanim jeszcze zrobi ruch, to już ma tę energię tak skierować, jakby chciał złamać lód pod sobą albo wózek, na którym jedzie. Jeżeli to jest z czuciem i dobrze zrobione, a do tego jest dobra technika, zgadzają się kąty i jest wybicie w odpowiednim momencie, to od razu widać odejście z progu. Wtedy “energia oddaje”. Można dostrzec, że “narta pracuje” i wówczas “niesie zawodnika”. Jeżeli energia skierowana jest w złą stronę, to albo narta idzie za wysoko, albo jest „martwa”.

Skoro wyjaśniliśmy sobie nieco techniczne aspekty, to wróćmy do sprzętu, o którym w ostatnich latach jest głośno. To właśnie na nim skupiacie też dużą uwagę, bo bez dobrego sprzętu nawet przy znakomitej technice, trudno jest o sukcesy. Trzeba umieć wykorzystać wszystko to, na co pozwalają przepisy?

Tak. Sam projektuję kombinezony, więc czasem siedzę w zakładzie na Stasikówce do godziny 23. My trenerzy musimy umieć szyć, by dokonywać przeróbek i poprawek. Większość szkoleniowców potrafi obsługiwać maszynę do szycia. Sam jednak nie umiałbym uszyć całego kombinezonu. Tym zajmują się krawcowe. Dlatego ja skupiam się głównie, jeśli chodzi o strój, na jego projektowaniu, a potem – wraz z Robertem Mateją – na jego dopasowaniu.

W ramach przepisów, jakie obowiązują, można wymyślić taki projekt, który okaże się kluczem do sukcesu?

Mamy pewne możliwości manewru. Chodzi tutaj o długość kombinezonu, czy kąty ułożenia poszczególnych elementów materiału. Obecne przepisy nie pozostawiają wielkiego pola manewru. Wszystko jest dość mocno ograniczone. Muszą się zgadzać długości, a podkroje mają już narzucone to, jak mają przebiegać linie. Ciągle jest jednak niewielkie pole manewru, bo wiadomo, że kombinezon musi być dopasowany do konkretnego zawodnika. To, że mam formę kombinezonu, na której bazował na przykład Kacper Tomasiak, nie znaczy, że spasuje ona każdemu zawodnikowi. Przykładowo, sprawą indywidualną jest to, czy pasek w środku kombinezonu ma być niżej, czy wyżej. Dlatego dobrze jest mieć takich skoczków, którzy od razu czują, co mu pasuje, a co nie i dają nam wskazówki. Są zawodnicy, którzy skaczą w takich kombinezonach, jakie dostaną, i potrafią to wykorzystać, ale trafiają się też wybredni, którym będzie przeszkadzało małe niedociągnięcie, niemające – wydawać by się mogło – właściwie żadnego znaczenia, jak choćby właśnie wysokość paska. To bowiem może przełożyć się na ich pozycję najazdową.

Pojawiają się czasami głosy: Wojciech Topór na trenera kadry. Tak było też kiedyś z Maciejem Maciusiakiem. Ze spokojem podchodzi pan do tego typu opinii? Wiadomo, że to jest normalna kolej rzeczy, bo chyba każdy w tym zawodzie chciałby być trenerem głównym. Też ma pan takie ambicje?

Podchodzę do tego w ten sposób, że jeżeli chciałbym być trenerem kadry A, to mojemu koledze Maćkowi musiałaby się powinąć noga albo musiałby mieć złe wyniki, czego mu nie życzę. Dlatego robię swoje w kadrze B i nie mam takich zapędów. Razem, w takim układzie, jaki jest, działamy dla dobra polskich skoków.

Niby jest podział na kadrę A i kadrę B, ale jednak w pewien sposób stanowicie jeden organizm. W kadrze B pracujecie też bowiem na to, by jak najlepiej skakali zawodnicy z kadry A.

I to się zgadza. Od wielu lat jest naprawdę dobra współpraca między kadrami. Mamy dużo wspólnych wyjazdów na zgrupowania. Ode mnie jednak zależy to, co rzeczywiście robię w danym momencie i jak mają wyglądać treningi.

Powrót Stefana Horngachera do Polski to taki bodziec dla polskich skoków – dla pana, dla Maćka Maciusiaka? To chyba przyjemność pracować z kimś takim, kto odnosił wielkie sukcesy, a teraz może doradzić i zerknąć na treningi z nieco innej perspektywy?

Są same plusy tego powrotu. Bardzo się ucieszyliśmy na wieść o tym, że Stefan przyjdzie do nas. Były pewne zawirowania, ale najważniejsze, że mamy go w Polsce. Chyba nie było takiego trenera w kraju, który kręciłby nosem na jego powrót.

Dwie osoby z nartami stoją u podnóża skoczni
Fot. Archiwum prywatne Wojciecha Topora

Dostrzega pan już efekty pracy z Horngacherem?

Oczywiście. Stefan nie jest dyrektorem, tylko jest trenerem, który jeździ z nami, ale też z juniorami. Czynnie uczestniczy w treningach. Ciągle coś podpowiada i doradza. Bardzo fajne jest też to, na jakich zasadach się to odbywa. Nie jest tak, że ty masz to robić i koniec. Sugeruje czasami, że on zrobiłby coś w inny sposób, ale daje nam w tym wszystkim wolną rękę. To jest człowiek z autorytetem, z wielkim doświadczeniem i czerpiemy z tego, ile tylko się da.

Wprowadziliście trochę austriacki system, bo w szkoleniu rotujecie zawodnikami. Trenerzy zmieniają się w prowadzeniu skoczków. To jest ważne w kontekście tego, że na zawodach nie ma problemu z dopasowaniem się do wskazówek szkoleniowca. Dzięki temu jest jeden czytelny język dla wszystkich?

Tak, dokładnie. Uwagi przekazywane zawodnikom różnią się, bo każdy trener jest inny i ma różne spostrzeżenia. Nie ma jednak problemu z tym, że ktoś jedzie z innym trenerem i nie wie, co ma robić. Wszyscy szkoleniowcy też mają bardzo dobry kontakt między sobą. Przed każdym wyjazdem rozmawiamy ze sobą, jeśli mieszamy się w sztabie szkoleniowym. Przekazujemy sobie informacje i zwracamy uwagę, na co patrzeć. Ta współpraca jest naprawdę na wysokim poziomie. Dobrze to wygląda.

Który z zawodników kadry B może nas zaskoczyć w tym sezonie?

Każdy. I mówię to z pełnym przekonaniem. Cała szóstka, z którą trenujemy, była w mistrzostwach Polski na igelicie w TOP 15. Trzech z nich było w dziesiątce, a dwóch w szóstce. A – przyznam szczerze – mamy jeszcze rezerwy. Jak popatrzyłem na prędkości po przejściu na tory lodowe, to nasi zawodnicy tracili nieco. Obrazowo przedstawiając, to wyglądało, jakby jeździli dwie belki niżej od najlepszych, a to już duża różnica. Mamy zatem nad czym pracować. Tak naprawdę każdy z tej szóstki: Aleksander Zniszczoł, Jakub Wolny, Kamil Waszek, Szymek Sarniak, Łukasz Łukaszczyk i Adam Niżnik może „odpalić”. Tak zresztą było w lecie w przypadku Kamila. Przecież w Letnim Grand Prix w Wiśle zajął szóste miejsce, ale został zdyskwalifikowany za nieprawidłowe narty. To była minimalna pomyłka, która niewiele znaczyła, ale jednak stracił szansę na dobry wynik. Pokazał jednak, jak duży drzemie w nim potencjał. Potem jednak przyszła u niego obniżka formy, ale teraz wraca do dobrego skakania. Świetnie w dobrej obsadzie w Pucharze Kontynentalnym w Klingenthal prezentował się w październiku Kuba. Całe lato na treningach z bardzo dobrej strony pokazywał się Olek, ale nie potrafi jeszcze przełożyć tego na zawody. On sobie jednak poradzi i jeszcze nieraz się pokaże.

Po przygotowaniach do sezonu jest pan zatem spokojny o to, że zimą wszystko powinno dobrze wyglądać?

Fizycznie skoczkowie wyglądają dobrze. Sprzętowo jeszcze mamy rezerwy w kombinezonach. Trzeba zrobić lekkie poprawki w formach stroju. Poza tym materiał, z jakiego do tej pory korzystaliśmy, też nie był jeszcze najwyższej jakości. Ten najlepszy będzie zimą. I – jak wspominałem – trzeba popracować nad prędkościami. Na razie jeszcze nie wiemy, czym to jest spowodowane, ale dojdziemy do tego. Może to kwestia struktur lub smarowania nart albo po prostu trening spowodował u zawodników większe napięcie i to się przełożyło na pozycję najazdową i mniejszą prędkość, bo to są powiązane elementy.

Kto w polskich skokach odpowiada teraz za trening motoryczny, skoro Polski Związek Narciarski rozstał się z profesorem Michałem Wilkiem z Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach?

Korzystamy obecnie z programu doktora Haralda Pernitscha. W naszej kadrze w treningu motorycznym pomaga mi Stefan Horngacher. Na podstawie moich planów treningowych przygotowuje nam program treningu siłowego. Ja to sobie jeszcze dopasowuję indywidualnie pod zawodnika, ale zdarza się, że już wcześniej robi to też sam Stefan.

Dyscypliny: Skoki narciarskie

Najnowsze w Forum Trenera

Wszystkie artykuły
  1. Nauka i technologia30 października 2026

    Od „czucia mistrza” do systemu. Olimpijska Agenda SI, inwestycje gigantów technologicznych i mapa drogowa dla polskiego sportu

    Mistrza można wychować dzięki wybitnemu trenerowi. Żeby mistrzów było więcej, potrzebny jest system. Sztuczna inteligencja może w tym pomóc, ale tylko wtedy, gdy zbudujemy ją na …

    12 min
  2. Odżywianie i regeneracja30 października 2026

    Co piąty sportowiec toczy walkę, której nie widać

    Żywienie jest jednym z głównych filarów i kluczowym czynnikiem warunkującym maksymalne wykorzystanie zdolności wysiłkowych sportowca. Optymalną dietę zawodnika należy postrzegać …

    18 min
  3. Szkolenie młodzieży29 października 2026

    Trener jako projektant środowiska wspierającego rozwój młodego sportowca

    Dziecko może zostać mistrzem – ale nie musi. Jednym z najważniejszych zadań trenerów sportowych staje się zatem stworzenie takich warunków, aby każdy uczestnik miał szansę rozwinąć …

    13 min
Program
Forum Trenera
Organizator
Instytut Sportu – Państwowy Instytut Badawczy