Grzegorz Tomala: Kasia Zdziebło ma prawo myśleć o sukcesie w Paryżu

Autor: Artur Gac
Artykuł opublikowany: 9 września 2022

Uważam, że jeśli zdrowie dopisze, to przed Katarzyną może być kilka naprawdę bardzo dobrych lat startów –  – mówi w rozmowie z „Forum Trenera” Grzegorz Tomala. Rok temu poprowadził syna Dawida do złota olimpijskiego w Tokio, a na mistrzostwach świata w Eugene i mistrzostwach Europy w Monachium do trzech srebrnych medali Katarzynę Zdziebło.

„Forum Trenera”: Trenerze, od razu uściślijmy – gdyby nie decyzja Katarzyny Zdziebło , nie byłoby jednego z dwóch srebrnych medali, czyli pierwszego na 20 km?

Grzegorz Tomala: To Kasia o tym zdecydowała. Może nie w ostatniej chwili, bo klamka nie zapadła z dnia na dzień, lecz około czterech tygodni przed startem. Ostatecznie Kasia swoją szansę upatrywała w tym, o czym sama mówiła, że bardzo dobrze znosi start w wysokich temperaturach. Gdy usłyszała, że start jest w południe, nabrała całkowitej pewności, choć wiadomo, że jeszcze pojawiały się refleksje, czy organizm zdoła się zregenerować. Czas pokazał, że dało się, choć oczywiście nie było to proste. Można było zobaczyć, jak Kasia wyglądała za linią mety 35 kilometrów. Jest to jednak na tyle zdeterminowana osoba i na tyle odporna na tak duże obciążenia, że dała sobie radę. Nie każdy zawodnik byłby w stanie coś takiego powtórzyć.

Konsultacje z Robertem Korzeniowskim

Jakie było pana nastawienie do tego pomysłu: więcej było sceptycyzmu, czy również był pan orędownikiem takiego wyboru?

– Nigdy nie jestem sceptycznie nastawiony do czegokolwiek. W takich sytuacjach zdaję sobie sprawę, że podobna szansa może się danemu zawodnikowi już nigdy w życiu nie powtórzyć. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś czuje się na siłach, by porwać się na coś takiego, to tylko należy go wspierać. A Kasia widziała też szansę, pamiętając swój dobry start na 20 km na igrzyskach w Tokio. Nawet wspominała w naszych rozmowach, że w Japonii być może poszła zbyt asekuracyjnie, a była w stanie bardziej zaryzykować. W Eugene okazało się, że decyzja była bardzo słuszna. Kasia na pewno była dobrze przygotowana. Uważam, że gdyby okres pomiędzy oboma dystansami był ciut dłuższy, to mogłoby być jeszcze lepiej.

Jaką rolę w tym procesie odegrał Robert Korzeniowski, z którym Katarzyna konsultowała się w tym newralgicznym okresie bezpośredniego przygotowania startowego? Nasz najwybitniejszy chodziarz też zalecał start w obu konkurencjach w Eugene?

– Z mojego punktu widzenia była to bardziej konsultacja Kasi jak to zrobić, a nie czy to zrobić. Jej decyzja już wtedy raczej zapadła, a chodziło o dopytanie się u najlepszego źródła, jak optymalnie połączyć te dwa dystanse. Przecież Robert przeżył coś takiego na igrzyskach w Sydney w 2000 roku, gdzie zdobył dwa złote medale na 20 i 50 km. A zatem warto było skorzystać z jego doświadczenia jeśli chodzi choćby o sposób regeneracji. Natomiast trudno mi powiedzieć, czy Robert w szczegółach wiedział, co myśmy wcześniej robili na obozach oraz jak wyglądały treningi. Moim zdaniem najistotniejsza dla Kasi była informacja, jak powinien wyglądać czas pomiędzy startami i nie wykluczam, że to mogło mieć kluczowe znaczenie.

Trening w cieple jako dodatkowy bodziec treningowy

A co przechyliło szalę, że zamiast ruszyć na zgrupowanie wysokogórskie do St. Moritz pozostaliście w Spale?

– Tu decydował termin startu Kasi na mistrzostwach, bo gdybyśmy tam pojechali, to do dnia zawodów nie pozostałoby nam zakładane 20 dni. Więc musielibyśmy zdecydować się na wcześniejsze opuszczenie Szwajcarii, co byłoby trochę bez sensu. Poza tym Kasia już dużo wcześniej miała do czynienia z hipoksją. W obszarze treningu wysokogórskiego zebrała sporo doświadczenia. Przeprowadziła też wiele konsultacji. Uważam, że ze względu na okoliczności decyzja o pozostaniu w Polsce była jak najbardziej słuszna.

Czyli w okresie BPS-u Katarzyna też korzystała z hipoksji?

– Tak jest. Poza tym ona bardzo lubi trenować w cieple, a tak się świetnie złożyło, że akurat w tym okresie było u nas w kraju bardzo gorąco. Praca w takich warunkach jest dodatkowym bodźcem treningowym. Niejeden zawodnik narzeka, że bardzo trudno wychodzić mu na trening w wysokich temperaturach, a my traktujemy to jako ważny dodatek, do którego warto się przystosować, by nie mieć dyskomfortu na starcie. Później pewnym mankamentem na pewno był dosyć długi okres, w którym przedstartowo przebywaliśmy w Stanach Zjednoczonych. Było to męczące dla zawodników, którzy startowali w drugiej połowie mistrzostw lub pod ich koniec. Po prostu długo utrzymywało się napięcie, które rosło proporcjonalnie do oczekiwań. Taki stan rzeczy nie jest prosty dla sportowców.

W pracy treningowej, przy monitorowaniu organizmu zawodników, czym się pan wspomaga?

– Niektórzy być może bazują tylko na pomiarze tętna i pulsometrach, choć myślę, że już każdy trener – nawet w biegach krótkich – korzysta także z pomiaru laktatu, bo bez tego trudno planować choćby kolejny dzień. Dzisiaj to chleb powszedni w pracy szkoleniowej każdego trenera.

Czy – jak w przypadku pana zawodniczki – bułka przed startem.

– Każdy sięga po coś, co akurat jest pod ręką. A dodam, że z bułką w USA nie jest wcale tak prosto. Czymś, czego mnie osobiście najbardziej brakowało, była kromka chleba. Bazowano raczej na pieczywie tostowym, ale to nie to samo. Dlatego po powrocie do Polski pierwszym przysmakiem, po jaki sięgnąłem, była właśnie kromka najzwyklejszego chleba.

Od igrzysk w Tokio praca non stop

Zgodzi się pan z następującą optyką, że na trasie chodu na 20 km doszło, ze szkoleniowego punktu widzenia i psychologii, do swoistego przełamania? Katarzyna Zdziebło od razu wskoczyła na wysokie obroty i utrzymała tempo do końca.

–To moim zdaniem wynikało z treningu. Kasia poczuła się pewniej, a kluczowe było też to, że miała doświadczenie startu w Tokio i bardzo dobrego startu na Pucharze Świata w Omanie. Myślę, że każde kolejne zawody były dla tej zawodniczki już na innym poziomie. Być może też niektóre rywalki przeceniły swoje możliwości, niemniej u nas sprawdziło się to, co było widać na treningach, czyli optymalne przygotowanie Kasi. Nigdy przed startem nie lubię mówić, że jadę z zawodnikiem po medal, bo to jest tylko sport, natomiast wskaźniki treningowe wskazywały, że możemy spodziewać się tak dobrego startu.

Czyli jeśli szukać głównego przepisu na sukces, to czy wysokie obroty pańskiej podopiecznej mogły mieć źródło w całorocznej pracy? Po igrzyskach w Tokio właściwie nie miała wiele wolnego.

– Miała bardzo krótką przerwę. Już z końcem października spróbowała sił na nowym dystansie 35 km w Iwano-Frankowsku na Ukrainie. To tam zrobiła minimum (2:50:54), jednak wynik nie został uznany, bo okazało się, że federacja ukraińska nie zgłosiła tych zawodów do World Athletics. Ten fakt był drugorzędny, ważniejsze że Kasia pokazała, iż bez wielkiego przygotowania była w stanie zrobić minimum. Później, w marcu, w bardzo trudnych warunkach w Omanie, przy bardzo wysokiej temperaturze oraz na bardzo trudnej trasie, jeśli chodzi o przewyższenie, znów wysłała mocny sygnał. Uzyskała bardzo dobry wynik (2:51.48), co tylko potwierdziło, że idziemy w dobrym kierunku.

Pana syn Dawid, komentując sukces Katarzyny, powiedział, że większość elementów można wytrenować, ale najtrudniejsze jest przesunięcie barier we własnej głowie.

–To prawda, lecz takich rzeczy nie dokonuje się z dnia na dzień. Ten sukces, podobnie jak trening, jest pewnym procesem, w którym trzeba dojrzeć do wyników, czyli wpierw być medalistą na poziomie polskim, a później pojawia się sukces międzynarodowy. Kasia już osiem lat temu startowała w Eugene na mistrzostwach świata juniorów, gdzie zajęła 11. miejsce na dystansie 10 km. To przecież nie był jakiś tam nic nie znaczący wynik. Myślę, że w sporcie trzeba być przede wszystkim cierpliwym. W wypadku Dawida trwało to trochę dłużej, natomiast Kasia już w tak młodym wieku osiągnęła wielki wynik. Uważam, że jeśli zdrowie dopisze, to przed nią może być kilka naprawdę bardzo dobrych lat startów. Natomiast, jeśli chodzi o dystanse, to nie będzie to już takie proste. Z zapowiedzi wynika, że na igrzyskach w Paryżu indywidualnie będzie tylko 20 km, a odnośnie 35 km sprawa ciągle nie jest jasna. Mówi się o mikstach, już na mistrzostwach Europy w Monachium zawodnicy i zawodniczki startowali o jednym czasie. Odbieram to jako „ukrytą” próbę wspólnych startów właśnie w kontekście kolejnych igrzysk.

Jeszcze jeden cytat z Dawida: „Biorę przykład z Kasi Zdziebło i uczę się od niej bardzo wiele. Kaśka dla mnie jest fenomenem.” Co pana syn mógł mieć na myśli?

– Myślę, że Dawidowi chodzi przede wszystkim o pracowitość. Skończyć studia medyczne bez zaległości jako wzorowy student nie jest prostą sprawą – wiemy, co znaczy zgłębiać medycynę. Bycie człowiekiem nauki i sportowcem nie jest łatwe do pogodzenia. Każdy, kto zajmowałby się daną działką zawodową plus sportem zawodowym na takim poziomie wiedziałby, o czym mówię. To wymaga bardzo dobrej organizacji czasu. Kasia mówi, że dla niej wolną chwilą pomiędzy nauką był sport. Tam nie było miejsca na inne rzeczy i to też jest właśnie ten fenomen. Kasia wszystko postawiła na dwie aktywności, poświęcając się im w stu procentach. Znam kilka takich osób, które są gotowe dużo poświęcić dla jednego lub dwóch celów. Poza tym uważam, że bardzo duży wpływ na Kasię miała rodzina, która gwarantowała jej stabilizację. O stronie finansowej czasami mówimy mniej, ale moim zdaniem, jeśli ktoś ma z tyłu głowy, że stoją za nim ludzie, którzy w każdej chwili mogą pomóc, niewątpliwie daje to duży komfort.

Wiemy, jakie sytuacje mają miejsce w lekkoatletyce – nieraz rozmawiam z trenerami na zgrupowaniach, co dzieje się po niepowodzeniu zawodnika. Niestety nie zawsze da się wygrać, zaś dorosły człowiek musi za coś żyć i nieraz dochodzi do wielkich, życiowych dylematów. Prowadzimy rozmowy z zawodnikami i oni sami zdają sobie sprawę, co czeka ich w kolejnych miesiącach, jeśli na dużej imprezie nie wywalczą miejsca w najlepszej ósemce. Piłkarz siedzący na ławce ma za co żyć, a tutaj niestety nikt się nie przejmuje sportowcami, którzy nie odgrywają wiodących ról. Nie będę mówił z imienia i nazwiska, którzy sportowcy mają rodziny i dzieci, ale przykładów nie brakuje. I tacy sportowcy mają największy problem z tym, co dalej w sytuacji, jeśli nie zdobędą medalu, bo gdy ktoś ma etat w wojsku, to jest jakoś w stanie sobie poradzić, podobnie jak sportowcy zapraszani na dobrze płatne mityngi Diamentowej Ligi. Jednak są tacy, którzy nie mają tego komfortu i sytuacja robi się nie do pozazdroszczenia.

Dobro zespołu najważniejsze

Dawid Tomala from Poland competes in men’s 20 kilometres Race Walk final during the 14th IAAF World Athletics Championships at the Luzhniki stadium in Moscow on August 11, 2013. Russian Federation, Moscow, August 11, 2013 Picture also available in RAW (NEF) or TIFF format on special request. For editorial use only. Any commercial or promotional use requires permission. Mandatory credit: Photo by © Adam Nurkiewicz / Mediasport

Jak dokładnie doszło do nawiązania współpracy między panem i Katarzyną? Czy najpierw zawodniczka rozstała się z trenerką Marzeną Kulig i wtedy zapukała do pana, czy to trenerka, z którą ma pan dobre relacje, w pewien sposób przekazała panu swoją najlepszą zawodniczkę??

–Lubię sytuacje czyste, czyli nie takie, że zawodnik wykonuje pewne ruchy poza plecami dotychczasowego szkoleniowca. I myślę, że w naszym przypadku wszystko było fair, bez dwuznaczności. Zresztą sam od zawsze miałem takie podejście względem zawodników, których prowadziłem, że jeśli tylko widzą przed sobą światełko rozwoju, to niech przejdą do kogoś, w kim pokładają większe nadzieje na dojście do sukcesu. Z drugiej strony ostatnio modne stało się dziwne przechodzenie zawodników topowych do innych trenerów, ale najlepiej oceni to czas.

W takich sytuacjach często odcina się trenera, który doprowadził zawodnika do pierwszych sukcesów od źródła dochodu. Rozumiem sam fakt rozstania, ale dlaczego odbiera się takiemu trenerowi pieniądze za to, co zrobił wcześniej na ścieżce rozwoju sportowca? Tu potrzebne byłoby właściwe rozwiązanie systemowe. Wszyscy nam mówią, żeby posługiwać się zwrotem „trener”, ale, prawdę mówiąc, to nic nie znaczy, bo formalnie wciąż nie ma takiego zawodu, a powyższe sytuacje też są tego dowodem.

Kiedy rozpoczęliście współpracę?

– Niedługo przed startem w Ukrainie, czyli w październiku ubiegłego roku. To wtedy ruszyła nasza systematyczna praca pod kątem przygotowania do głównego startu, czyli drużynowego Pucharu Świata w Omanie. Naturalnie trzeba było ułożyć plan szkolenia, lecz nie wypaliło to, co sobie zakładaliśmy. Miał powstać zespół, z którym mieliśmy wszędzie jeździć. Po sukcesie Dawida w Tokio usłyszałem, że praktycznie mamy wszystko, ale życie to zweryfikowało. Więc nie wypalił pomysł, by pociągnąć za sobą tych, którzy pozostali, a przecież nie chodziło o dwadzieścia, ani nawet o dziesięć osób. Temat tyczył się raptem kilku zawodników, jednak nawet Kasia została postawiona przed faktem, że musi sobie dopłacić, żeby polecieć na zgrupowanie do Republiki Południowej Afryki. Wiem, że w dyspozycji są określone środki finansowe, jednak pozostaję człowiekiem nadziei, że pewne wnioski w przyszłym planowaniu szkolenia zostaną wyciągnięte.

Zaczynając współpracę z podopieczną kształcącą się w kierunku medycznym, był pan zaskoczony poziomem jej zaawansowania jeśli chodzi o metodykę treningu?

– Odniosę się do tego pytania szerzej, jak to w ogóle wygląda w sporcie. Są trenerzy, którzy wykonują katorżniczą robotę z zawodnikiem od dziecka do bardzo wysokiego poziomu, potem tracą takiego sportowca i już tylko ich następca zbiera profity. Uważam, że nieraz sukces przypisuje się niewłaściwej osobie i poniekąd tak samo jest też w tym przypadku. Kasia przyszła do mnie jako już ukształtowana zawodniczka. Oczywiście musiałem sam jak najwięcej się o niej dowiedzieć, a następnie poznać jej nawyki oraz to wszystko, co najbardziej jej służy, jednak od początku uczciwie stawiam sprawę. Przez cały dotychczasowy okres wspólnej pracy do mistrzostw świata bardziej działałem na zasadzie konsultacji, bo nie jestem z tych, którzy na siłę chcą się popisywać poprzez wprowadzanie jakichś nowych super środków. Coś takiego po prostu nie istnieje. Być może za to wprowadziłem więcej klimatu spokoju, poprzez fakt, że Kasia stale miała obok siebie osobę, która była na każde zawołanie. Moim zdaniem to bardzo ważne, bo poprzez takie zachowanie trener staje się dla podopiecznego też psychologiem, choć to oczywiście nie wyklucza potrzeby dodatkowego sięgnięcia po specjalistę w tym obszarze. Dlatego też zachowałem się tak, a nie inaczej, jeśli chodzi o rezygnację z wyjazdu do RPA. Nie mówię, że ja i Dawid się poświęciliśmy, bo to byłoby bardzo niewłaściwe słowo, ale dla dobra innych podjęliśmy decyzję, że w końcu jesteśmy razem w większym zespole (poza Kasią i Dawidem, członkami grupy są także Olga Niedziałek i Artur Brzozowski – przyp. AG) i powinniśmy się wspierać na dobre i na złe. Moją maksymą zawsze było to, żeby zawodnik miał spokojną głowę i skupiał się jedynie na efektywnym trenowaniu i na startach. A jeżeli to się udaje, to również jest składową późniejszego sukcesu.

Chód czy medycyna?

Zwraca pan uwagę, biorąc pod uwagę wiek, predyspozycje i poziom, że przy dobrym zdrowiu Katarzynę Zdziebło stać będzie na kilka lat bardzo szybkiego chodzenia. Równocześnie wicemistrzyni świata ma wyuczony zawód. Czy nie obawia się pan, że jednak postawi na praktykę lekarską?

– To na pewno realny scenariusz, zresztą życie już to pokazało. Miałem kiedyś sportowca, który jeszcze nie prezentował tego poziomu, ale by bardzo utalentowany, a dzisiaj jest muzykiem. Na poziomie juniora był kilkukrotnym mistrzem Polski i chciał dalej pozostać sportowcem, lecz w końcu poświęcił się muzyce. A wracając do Kasi, mamy już za sobą rozmowę i myślę, że nie zdradzę teraz wielkiej tajemnicy… Na jej decyzji na pewno zaważą ewentualne, przyszłe sukcesy. Jeśli ich zabraknie, wówczas podjęcie kroków będzie szybsze. W takich sytuacjach, gdy zawodnik ma tak wartościową alternatywę, czasami małe rzeczy mogą przechylić szalę.

Z tej rozmowy stało się jasne, że najbliższą weryfikacją tego, czy sukces sportowy na dłużej zatrzyma Katarzynę przy chodzie, będzie wynik na igrzyskach w Paryżu?

– Uważam, że kolejne igrzyska są dla Kasi bardzo dużym celem, medal olimpijski jest marzeniem każdego sportowca. Życzę jej tego, bo sam mogłem się przekonać, jaka to radość i jak wielki prestiż. Więcej, Kasia może poważnie myśleć o takim sukcesie.

Rozmawiał Artur Gac