Klaudia Kazimierska: Trzeba słuchać siebie, a nie patrzeć na liczby

Autor: Kamil Kolsut
Artykuł opublikowany: 31 sierpnia 2026

– Nie wyznaczam sobie żadnych limitów. Mam poczucie, że mogę wszystko, jeśli tylko chcę. Muszę po prostu spokojnie się rozwijać – mówi wicemistrzyni Europy i rekordzistka Polski w biegu na 1500 metrów (3:55.59) Klaudia Kazimierska.

Klaudia Kazimierska. Fot. Instagram/Orlen

„Forum Trenera”: Jak zaplanować rekord Polski na 1500 metrów?

Klaudia Kazimierska: Najważniejsze jest przygotowanie fizyczne, bez niego inne elementy nie mają znaczenia. Zawody w Chorzowie wypadły w świetnym momencie, czyli tydzień po mistrzostwach Europy, gdzie miałam mocne przetarcie. Byłam przygotowana i dzięki temu mogły poukładać się inne elementy. Mieliśmy świetną pogodę, lekko wiało. Organizatorzy zapewnili dobrych pacemakerów, a stawka była wysoka, bo rywalizowaliśmy w ramach Diamentowej Ligi. Cieszę się też, że nie biegłam sama za „zającami”, tylko miałam mocne rywalki. Sporo było  czynników, które miały znaczenie.

Gdzie na tym dystansie wisi pani poprzeczka?

Nie wyznaczam sobie żadnych limitów, bo jestem wciąż młodą zawodniczką i widzę u siebie dużo rezerw. 3:50 nie jest granicą nie do złamania. Chcę to zrobić, choć mowa o wyczynie, którego wcześniej dokonała tylko jedna kobieta. A ja mam poczucie, że mogę wszystko, jeśli tylko chcę. Muszę po prostu spokojnie się rozwijać – jak do tej pory. Nie jest przecież tak, że dopiero w tym roku wystrzeliłam z formą. Wcześniej właściwie przez całą karierę robiłam systematyczne postępy – najpierw jako juniorka, a później, po krótkim przyhamowaniu przed przeprowadzką do Stanów Zjednoczonych, regularnie od 2024 roku.

Jak bardzo w ostatnich latach granicę możliwości w biegach średniodystansowych przesunęła rewolucja sprzętowa dotycząca obuwia?

Widać to po całej populacji biegaczy. Nie ma w mojej konkurencji jednej niedoścignionej zawodniczki, jest za to znacznie więcej takich na równym, wysokim poziomie. Wiele biegaczek łamie granicę czerech minut, a w Chorzowie aż dziewięć pobiegło w tempie minimum na mistrzostwa świata, które wydawało się naprawdę wyśrubowane. Nowe obuwie ma znaczenie przede wszystkim w zakresie przygotowań. Trenujemy więcej i mocniej niż kiedyś, bo możemy szybciej się regenerować. Organizm łatwiej adaptuje się do prędkości oraz obciążeń, wzrosło bezpieczeństwo treningu. Zmiany widać też po kontuzjach, które są po prostu inne. Jeszcze kilkanaście lat temu powszechne wśród biegaczek były urazy stóp, kostek czy kolan. Teraz ten ciężar się zmienił. Więcej jest problemów z biodrami, miednicą, kośćmi uda. To efekt nowego obuwia. Przeciążenia, które muszą się odkładać, przesunęły się w inne miejsca.

Inna jest też prewencja podczas treningów?

Tak, choć należy pamiętać, że każdy biegacz ma nieco inne predyspozycje i – co za tym idzie – inne wyzwania oraz problemy. Ja kiedyś, jeszcze jako juniorka, często miewałam kłopoty ze stopami. Dwa lata temu doznałam z kolei kontuzji biodra. Nie do końca wiadomo, co było jej przyczyną. To był pewnie efekt przeciążenia i zużycia konkretnych struktur w moim ciele po latach pracy. Dziś inne są same treningi oraz prewencja podczas zajęć w siłowni czy z fizjoterapeutą. Więcej uwagi zwraca się na plecy i biodra, a więc elementy, które wcześniej dotyczyły raczej miotaczy czy skoczków. Ja sama znacznie częściej proszę właśnie o rozluźnianie pleców.

Dzięki kontraktowi z Nike, który podpisała pani na pięć lat w lipcu ubiegłego roku, jest łatwiej o dostęp do najnowszego sprzętu?

Mam dostęp do wszystkiego. To nie tylko efekt kontraktu, ale także mieszkania w Oregonie, skąd mam dwie godziny samochodem do głównej siedziby koncernu. Jestem tam dość często i znam ludzi, którzy zajmują się obuwiem. Mam dzięki temu coś do powiedzenia. Zdarza się, że mogę przetestować coś, czego nie ma jeszcze na rynku, choć wiadomo, że nie mogę wówczas ujawniać szczegółów. Mam zarówno dostęp do innowacji, jak i do stosowania sprzętu. Jeżeli chcę cholewkę z jednego modelu i podeszwę z innego, to Nike może je dla mnie połączyć.

Ma pani wpływ na sprzęt, który trafia później do sklepów?

Ostatnio miałam okazję testować jeden z modeli kolców. Ciągle się psuły, pękała karbonowa płytka, więc dostawałam kolejne pary, także z innej fabryki. Często przekazuję sporo informacji zwrotnych, a eksperci biorą to wszystko pod uwagę. Próbują łączyć kropki, starają się zrozumieć konkretne procesy. Inaczej pracuje się też z kimś, kto dopiero zaczyna przygodę z profesjonalnym bieganiem i ma niedopracowane pewne elementy techniczne, a inaczej z kimś, kto osiąga wyniki i jest „poukładany”. Jestem dzięki temu bardziej wiarygodna. Wiem, jak but powinien leżeć, jak stopa powinna się w nim czuć. Przekazuję więc uwagi, a Nike słucha zawodników.

Wyjazd na studia do Stanów Zjednoczonych to była najlepsza decyzja w pani życiu?

Tak, choć może nie tyle w życiu, co raczej w sportowej karierze, bo mam przekonanie, że gdybym nie biegała i została w Polsce, to też robiłabym coś, dzięki czemu byłabym szczęśliwa. Bez sportu nie byłoby pewnie ani możliwości, ani potrzeby takiej przeprowadzki.

Jak wyglądała droga, którą trafiła pani na uniwersytet w Oregonie?

Miałam przede wszystkim dobre wyniki w czasach juniorskich, trenerzy mogli mnie zauważyć na europejskiej arenie. Osiągane czasy nie są przecież tajemnicą, dużo widać też w mediach społecznościowych. Zostałam dostrzeżona już w liceum, później zaczęły się bardziej oficjalne rozmowy. Zaczęto sprawdzać, czy pasuję do zespołu, jaki trening mi odpowiada. Rozmawiałam ze szkoleniowcami z różnych uczelni. Tak naprawdę do wyjazdu doprowadziły mnie więc przede wszystkim wyniki sportowe, ale również potencjał, determinacja oraz ciężka praca.

Zdarza się, że mogę przetestować coś, czego nie ma jeszcze na rynku, choć wiadomo, że nie mogę wówczas ujawniać szczegółów. Mam zarówno dostęp do innowacji, jak i do stosowania sprzętu.

Dlaczego wybrała pani akurat taki kierunek? To kwestia dziedzictwa Uniwersytetu Oregonu, uznawanego za mekkę amerykańskiej lekkiej atletyki, czy innej polskiej biegaczki Anety Konieczek, która przetarła tam szlaki?

Oregon to kolebka biegania w Stanach Zjednoczonych i wiedziałam o tym nawet nie orientując się jeszcze w systemie NCAA. Obserwowałam tamtejszy uniwersytet w mediach społecznościowych od dawna. Eugene ma przecież mityng Diamentowej Ligi, Portland było zaś gospodarzem halowych mistrzostw świata. Wiedziałam, że mam do czynienia ze znaną szkołą biegania i nie było wątpliwości, że to dobre miejsce. Swoją rolę odegrała też Aneta. Dzięki niej łatwiej było się porozumieć z tamtejszymi trenerami. Na wybór takiego kierunku złożyły się więc te dwa elementy.

Co najpierw pani wybrała: uczelnię czy kierunek studiów?

Pierwszy był kierunek, bo studia matematyczne zaczęłam zaocznie jeszcze w Polsce. Później w Stanach Zjednoczonych mogłam je kontynuować.

Wykształcenie, które pani odebrała – chodzi o licencjat z matematyki – wpłynęło na  podejście do sportu?

Jestem umysłem analitycznym. Przyszedł jednak moment, kiedy musiałam trochę to odsunąć i zacząć słuchać własnego organizmu, a nie wyłącznie patrzeć na liczby. Lekka atletyka jest sportem wymiernym, co łączy ją z matematyką. Lepiej jednak nie przywiązywać się przesadnie do czasów i numerów, bo bywają zwodzące. Są różne elementy i etapy przygotowań oraz treningu. Czasami od liczb ważniejsze jest samopoczucie.

Co najbardziej zaskoczyło panią w Stanach Zjednoczonych?

Trudno mówić o zaskoczeniu o tyle, że przygotowałam się do wyjazdu. Dużo czytałam, rozmawiałam z ludźmi i nie byłam zaskoczona. Może jedynym, czego nie spodziewałam się w takiej skali, była otwartość ludzi, bo wszyscy przyjęli mnie jak swoją. Narodowość nie miała znaczenia, byłam po prostu zawodniczką z Oregonu. To charakterystyczne dla Stanów Zjednoczonych, ta wielokulturowość. Nikt nie zwraca tam uwagi na pochodzenie, wygląd czy kolor skóry. Dzięki temu nie czułam się inna. To bardzo pomogło. Wyjeżdżając z Polski, miałam poczucie, że jestem słabsza, mniejsza, gorsza. Odnalazłam się w Eugene doskonale.

To dobre miejsce do treningu i do życia?

Eugene to miasto, które kocha sport, zwłaszcza bieganie. Jest tam dużo ścieżek – zarówno o miękkiej, jak i twardej nawierzchni. No i stadion, który moim zdaniem jest najlepszy na świecie. Mamy przez cały rok dobrą pogodę, a temperatura zimą nie spada poniżej zera. Zdarza się za to, że często pada. Może dzięki temu nauczyłam się biegać w deszczu.

Jak bardzo różnią się treningi w Stanach Zjednoczonych od tego, czego doświadczyła pani w Polsce?

Przeskok jest spory, choć ja – dzięki wychowaniu w naszym kraju – byłam gotowa na duże obciążenia. A nie każdy jest. Spotkałam się w Eugene z zupełnie inną intensywnością. Łączenie sportu ze studiami sprawiło, że treningi biegowe mieliśmy raz dziennie. Całą pracę, którą wcześniej wykonywałam podczas dwóch jednostek, musiałam zmieścić w jednej. Po południu miałam siłownię albo zajęcia z fizjoterapeutą. Inne było również to, że w Stanach Zjednoczonych trenuje się w grupach. Dzięki temu zawsze obok jest ktoś, kto cię popchnie, pociągnie za sobą. Wszyscy się napędzają.

W Polsce często po liceum trzeba się przeprowadzić: odnaleźć w nowym środowisku, wśród nowych ludzi. Złożyć team na nowo. Wszystko to w Stanach Zjednoczonych przebiega płynniej. Masowość sprawia jednocześnie, że wielu przepada. Poziom jest tak wysoki i otacza cię tak wielu klasowych zawodników, że nie czujesz się wyjątkowy. A ja zawsze chciałam być wyjątkowa.

Jaką opiekę miała pani na studiach dzięki uczelni i co się zmieniło po ich zakończeniu?

Dzięki temu, że zostałam w tym samym miejscu i wciąż mieszkam w Eugene, nie musiałam wcale tak dużo zmieniać. Otaczam się podobną grupę osób, a dzięki temu, że jestem zawodniczką Nike, mam dostęp do tych samych obiektów, gdzie trenowałam jako studentka. Zmieniło się to, że za wiele rzeczy muszę teraz płacić sama. Spory koszt to chociażby opieka medyczna, którą wcześniej zapewniała uczelnia. Podróżuję też sama, a nie z drużyną.

Czy to dla sportowca duże wyzwanie, żeby po studiach zostać w Stanach Zjednoczonych,  bez miejsca w dużym zespole sponsorowanym przez znaną firmę?

Myślę, że to właściwie niemożliwe. Wielu sportowców wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych na studia, a później wraca do kraju. Koszty życia są naprawdę wysokie.

Sukcesy amerykańskich lekkoatletów to efekt wyjątkowego systemu szkolenia czy skali, a więc liczby osób, która angażują się w sport?

Jedno i drugie. Wiadomo, że jest więcej zawodników, bo to większy kraj. Poziom jest niesamowity także dlatego, że na uniwersytety trafia wielu sportowców zza granicy i oni motywują Amerykanów. Mocnym punktem tamtejszego systemu jest kontynuacja szkolenia: od liceum po uniwersytet. Można łączyć naukę z treningami bez problemu przez kilka lat. W Polsce często po liceum trzeba się przeprowadzić: odnaleźć w nowym środowisku, wśród nowych ludzi. Złożyć team na nowo. Wszystko to w Stanach Zjednoczonych przebiega płynniej. Masowość sprawia jednocześnie, że wielu przepada. Poziom jest tak wysoki i otacza cię tak wielu klasowych zawodników, że nie czujesz się wyjątkowy. A ja zawsze chciałam być wyjątkowa. Czułam, że gdy jestem jedną z wielu, to muszę zrobić coś, aby się wyróżnić. Kiedy reprezentacja Polski przyleciała do Eugene na mistrzostwa świata juniorów, były w niej jedna czy dwie osoby wyróżniające się w każdej konkurencji. Nie mieli nikogo za plecami, kto mógłby ich naciskać. A w Stanach Zjednoczonych takich osób tuż za tobą jest dwadzieścia. Masz więc motywację, żeby się na ich tle wybić, nieustannie poprawiać.

Stany Zjednoczone uczą pewności siebie, leczą z kompleksów?

Moja pewność siebie wynika z treningów oraz tego, co robię. Duże znaczenie ma też otoczenie. Nigdy nie usłyszałam w Stanach Zjednoczonych, że jestem beznadziejna i robię coś źle. Krytyka jest konstruktywna. Zawsze szukamy rozwiązania problemu, zamiast go tworzyć. Ty robisz swoje, swoje robią trenerzy i fizjoterapeuci. Każdy w zespole dokłada do wyniku swoją cegiełkę. Napędzamy się, współpracujemy. To buduje. Każdy z nas chce być najlepszy w tym, co robi.

Co dalej czeka Klaudię Kazimierską, jakie ma pani kolejne cele?

Wiem, że aby zdobywać medale wielkich imprez, muszę biegać szybciej, niż aktualny rekord Polski. Cieszę się z niego, marzyłam o jego pobiciu. To są jednak tylko cyfry. Rezultat, który można poprawić. Kiedy zaś jesteś na podium zawodów i zdobywasz medal, to nikt ci go już nie zabierze. Możesz go wziąć do ręki, popatrzeć, pokazać. Kiedy nie miałam rekordu Polski, czułam niedosyt, ale medal zawsze będzie smakował inaczej. Kiedy ktoś zdobywa złoto, to nikt go już przecież z czasu na mecie nie rozlicza.

RAZEM TWORZYMY MISTRZÓW