Zbigniew Bródka: Aby zostać mistrzem olimpijskim, wykorzystałem każdą wolną sekundę

Autor: Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski
Artykuł opublikowany: 12 grudnia 2025

Wydaje mi się, że to ważne, gdy mówię polskim juniorom, jak się mobilizowałem, koncentrowałem, na jakie detale zwracałem uwagę. Przekazuję swoje doświadczenie z prawie dwudziestoletniej kariery w reprezentacji, wiedzę, jakiej nie można znaleźć w książkach – o pracy w programie Super Asystent, mistrzostwie olimpijskim, naszych szansach na igrzyskach w Mediolanie, mówi „Forum Trenera” Zbigniew Bródka.

Zbigniew Bródka – złoty i brązowy medalista olimpijski z Soczi. Fot. Adam Nurkiewicz

„Forum Trenera”: Był pan z kadrą narodową juniorów w Mediolanie na zawodach Pucharu Świata. To była pierwsza oficjalna impreza w hali Fiera Milano, gdzie odbędą się zawody olimpijskie w łyżwiarstwie szybkim. Jak ocenia pan ten tor?

Zbigniew Bródka: Wszyscy byliśmy ciekawi, czy Włosi zdążą przygotować halę na tę próbę przedolimpijską? Jak to będzie wyglądało? Czy hala spełnia standard olimpijski? Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni. Wszystko właściwie funkcjonowało, choć są drobne rzeczy do poprawki. Lód przygotowywał co prawda specjalnie zatrudniony przez organizatorów igrzysk lodomistrz z Calgary, ale wymaga dopracowania, bo naszym zdaniem jest zbyt wolny, pewnie za słabo zmrożony. Sprawdzaliśmy to dokładnie, dokonaliśmy kilku pomiarów temperatury. Może trzeba jeszcze poczekać, bo prace nad lodem wykonywane były kilka dni przed zawodami Pucharu Świata juniorów.

Gdyby miał pan porównać tor w Mediolanie do innych, które pan dobrze zna…

Najbliżej mu do toru w Tomaszowie Mazowieckim pod tym względem, że nie jest najszybszy. Ale to nie znaczy, że należy go traktować jako gorszy, po prostu ma swoją specyfikę. Takie wrażenie odniosłem po przejechaniu kilku okrążeń. Na zawodach odnotowano kilka dobrych wyników, ale większość rezultatów nas nie zaskoczyła, choć odpowiadała wysokiemu poziomowi w kategorii juniorów. Trzeba też wziąć pod uwagę, że ci zawodnicy szykują najwyższą formę na mistrzostwa świata juniorów, które odbędą się na przełomie lutego i marca przyszłego roku.

Hala Expo Fiera Milano podobno ma specyficzne warunki akustyczne, do których olimpijczycy będą musieli się przyzwyczaić.

Teraz startowaliśmy w warunkach roboczych, część hali została wyizolowana kotarami, które utrzymywały nam ciepło w tej części głównej, gdzie jest ustawiony cały tor, tak żeby utrzymywać wyższą temperaturę na poziomie 15 stopni. Jak na tor lodowy było komfortowo. Poza torem są – jeszcze niewykończone – modułowe szatnie. Trzeba je wyizolować, bo właśnie pod względem akustyki nie dają komfortu zawodnikom. Olimpijczycy mają się tam rozgrzewać, koncentrować, przygotowywać w spokoju do najważniejszych zawodów w życiu i w tej chwili nie dostają gwarancji, że takie warunki zostaną im zapewnione.

Po starcie w Vancouver nakręcałem się na lepszy start w Soczi. Harowałem na treningach, analizowałem, co robią rywale i jak się zachowują, odtwarzałem sobie start krok po roku i potem myślałem o tym, żeby wykorzystać swoje atuty. To zaowocowało dwoma medalami.

Nie uważa pan, że testowanie toru lodowego, na którym odbędą się zawody olimpijskie dopiero na dwa miesiące przed igrzyskami to duże niedociągnięcie ze strony organizatorów?

Dziwię się Włochom, że nie zdecydowali się na przykrycie jednego ze swoich lodowisk w Collalbo albo Baselga di Pine. Mają dobre wyniki w tym sporcie, spodziewam się, że doczekają się medali w Mediolanie, a takie hale zostałyby na lata i zapewniłaby świetne warunki do szkolenia na przyszłość. Ale okazało, że najważniejszy był budżet igrzysk. Ścięli więc koszty. Z drugiej strony zawody olimpijskie odbędą się w Mediolanie, logistycznie to świetne rozwiązanie, bo nie będzie kłopotliwych dojazdów, wioska olimpijska jest na miejscu. Pod tym względem wybór hali w Mediolanie staje się dla łyżwiarzy wygodny.

Lód przygotowany dopiero przed igrzyskami nie uprzywilejowuje żadnej z reprezentacji?

Poza gospodarzami. Włosi będą mieli większy komfort, z tej racji, że będą mogli wcześniej potrenować. Lód nie będzie rozmrożony aż do igrzysk. W przerwach między pucharami będą mogli trenować w hali Expo. To atut gospodarzy, ale takie jest ich odwieczne prawo. Dla każdej innej reprezentacji lód w tej hali będzie zagadką.

Władimir Semirunnij: „Nie rozumiem sportowców, którzy walczą o srebro”

Czy będzie medal dla Polski na igrzyskach w Mediolanie w łyżwiarstwie? To właśnie łyżwiarze na torze długim i krótkim w czteroleciu olimpijskim zdobywali najwięcej medali mistrzostw świata.

Kiedy jechałem na igrzyska do Soczi, to pretendentów do medali z całego świata było kilkunastu. Każdy z nich odnosił wcześniej jakieś sukcesy. Mamy w naszej reprezentacji grupę silnych zawodników w obu łyżwiarskich dyscyplinach, w tym w short tracku. Pytanie, czy zbudują szczyt formy na igrzyska, bo to jest teraz najważniejsze.

Formą imponują sprinterzy – Damian Żurek, Marek Kania. Na początku roku świetne wyniki miał Władimir Semmirunij, nie wiadomo jednak czy pojedzie na igrzyska.

W przypadku Damiana i Marka pamiętajmy jednak o tym, że to jest sprint. Każdy błąd może kosztować dużo. W tych konkurencjach faworyt po popełnieniu drobnej pomyłki zajmuje miejsce poza Top 10. Polscy sprinterzy są w stanie bić się po medal. Są świetnie prowadzeni przez Artura Wasia. Natomiast Władek Semmirunij na początku sezonu doświadczał wymagań jakie stawia restrykcyjny system kwalifikacji olimpijskich. Podczas zawodów Pucharu Świata na torze w Thialf w Heerenveen pobił o prawie 5 sekund rekord Polski. Ten wynik był zaledwie o dwie i pół sekundy gorszy od rekordu świata. Władek potwierdził swoją świetną formę i predyspozycje medalowe na Igrzyska w Mediolanie. Oczywiście mam tą świadomość, że miał nieco łatwiej, ponieważ jechał w kwartecie, co sporo ułatwia, ale wynik, jaki osiągnął jest kosmiczny.

Władimir Semmirunij. Fot. Adam Nurkiewicz

W Pekinie liczyliśmy na medal Andżeliki Wójcik. Nie udało się. Dziś ta zawodniczka ma słabsze wyniki, ale pokazała już, że posiada potencjał medalowy.

Rozmawiałem z Andżeliką, przeżywała swoje problemy zdrowotne, to nie ułatwiało jej przygotowań. Powiedziałem jej, żeby ten pech potraktowała jako pewne przeznaczenie, że do Włoch nie pojedzie jako faworytka i może dobrze. W Pekinie było jej bardzo trudno z powodu presji, jaką ją poddano. Sam wiem dobrze, co to jest presja. Trzeba być bardzo odpornym psychicznie, nauczyć się z nią żyć. W Mediolanie oczekiwania wobec Andżeliki będą mniejsze. Teraz najważniejsze, aby w pełni wróciła do zdrowia.

Jakie rady dałby pan naszym olimpijczykom na czas startu, przede wszystkim: jak nie przegrać swojej szansy na medal olimpijski, jeśli się ją ma?

To łatwo powiedzieć, ale do tych zawodów trzeba podejść jak do każdych innych, nie dać sobie „napompować głowy presją”. Wszyscy wokół mówią, że to twoja szansa raz na cztery lata i że powtórki nie będzie. Nie wolno tak do tego podchodzić. Ja po starcie w Vancouver nakręcałem się na lepszy start w Soczi. Harowałem na treningach, analizowałem, co robią rywale i jak się zachowują, odtwarzałem sobie start krok po roku i potem myślałem o tym, żeby wykorzystać swoje atuty. To zaowocowało dwoma medalami.

Wojna technologiczna w łyżwiarstwie szybkim odgrywa na igrzyskach znaczącą rolę? W przeszłości wielokrotnie rywali zaskakiwali Holendrzy.

Zawsze istnieje pewna niewiadoma, że ktoś nas czymś zaskoczy, ale potem różnie z tym bywa. Do Soczi Amerykanie przyjechali, mając specjalne stroje, które mieli im przygotować specjaliści z NASA. Ale na miejscu okazało się, że niewiele im ten sprzęt pomógł. Każdy chce znaleźć przewagę, żeby w jakiś sposób tych przeciwników zmylić, do samego końca przygotowań trzyma nowinkę techniczną w tajemnicy. Dopiero na igrzyskach okazuje się, czy eksperyment się sprawdzi.

Ja uważam, że najważniejsze to mieć odpowiednio przetestowany i sprawdzony sprzęt, na przykład dobrze wyprofilowane płozy, nad którymi czuwają pracujący nad nimi dłuższy czas serwismeni. Na igrzyskach w Vancouver byliśmy pod tym względem bezradni, w Soczi łyżwy przygotowywali nam trenerzy i to nie było dobre – oni powinni odpowiadać za trening, a nie za sprzęt. Dziś nie odstajemy od świata. Mamy serwismenów – bardzo dobrych fachowców. Nadrobiliśmy zaległości.

Ogromnie cenię sobie pracę jako asystent trenera głównego. Daje mi to możliwość sprawdzenia się z tej drugiej strony. Zawsze zastanawiałem się nad wieloma aspektami nie tylko naszego sportu: Jak naprawdę wygląda proces szkolenia?, jak czuje się trener?, jak jest w stanie doprowadzić zawodnika do mistrzostwa? Teraz dostaję odpowiedzi na pytania, które mnie nurtowały.

Pod względem treningowym też jesteśmy w światowej czołówce?

Pracuję przy kadrze juniorów, trudniej mi się wypowiadać za kadrę seniorów. Najlepszym wyznacznikiem zawsze są jednak wyniki. Sprawdziły się te programy treningowe lub sprawdzą się opracowane na cztery lata – przyniosą efekt medalowy w Mediolanie. Do tej pory zwraca uwagę powtarzalność rezultatów grupy sprinterów Artura Wasia. W ostatnich sezonach sprinterzy i sprinterki zajmowali miejsca na podium Pucharów Świata, byli wysoko w klasyfikacjach generalnych. To najlepsze potwierdzenie metod treningowych trenerów naszych kadr narodowych w tych konkurencjach.

Od dwóch lat pracuje pan z juniorami, jak więc wygląda przyszłość polskiego łyżwiarstwa szybkiego na torze długim?

W tym sezonie znacząco odmłodziliśmy kadrę juniorów. Mamy dużą grupę młodych zawodników, którzy właśnie zadebiutowali w zawodach juniorskiego Pucharu Świata. Dajemy im czas, nie wymagamy od nich wielkich wyników. Chcemy od podstaw zbudować tę kadrę. Nie spodziewamy się więc powtórki z ubiegłego roku, kiedy na mistrzostwach świata juniorów nasi zawodnicy zdobyli sześć medali. W tym sezonie trudno będzie powtórzyć taki rezultat. Filarami tej kadry są Hanna Mazur i Wiktoria Dąbrowska. Są już obyte tej kategorii, reprezentują wysoki poziom i będą w stanie walczyć o medale. W przypadku pozostałych zawodników ten proces dochodzenia do najwyższego poziomu musi potrwać. Oni mają po 15 lat i przed nimi cztery lata startów, aby się wykazać.

Pracuje pan w kadrze juniorów w ramach programu wprowadzonego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki – Super Asystent. Co daje panu ten program?

Ogromnie cenię sobie pracę jako asystent trenera głównego. Daje mi to możliwość sprawdzenia się z tej drugiej strony. Zawsze zastanawiałem się nad wieloma aspektami nie tylko naszego sportu: Jak naprawdę wygląda proces szkolenia?, jak czuje się trener?, jak jest w stanie doprowadzić zawodnika do mistrzostwa? Teraz dostaję odpowiedzi na pytania, które mnie nurtowały. Mam okazję współpracy z trenerami, nauki od nich, czerpania z ich doświadczenia. W kadrze juniorów mamy trzech szkoleniowców: Witolda Mazura, Dariusza Stanucha i Artura Parchana, którzy mają pod opieką 24 zawodników. Współpracuję z całym tercetem i udzielam rad, jestem dostępny dla wszystkich zawodników. Z trójki trenerów najwięcej doświadczenia ma Witold Mazur, który był również moim szkoleniowcem. Model współpracy który prowadzimy i program Super Asystent polega na wymianie doświadczeń oraz daje możliwość nauki zawodu z jak najlepszym skutkiem przede wszystkim dla zawodników. 

Wierzę, że te nasze działania przyniosą pożytek dla naszego sportu i w konsekwencji dla polskiego sportu. Program Super Asystent pozwala mi tak pracować, w płynny sposób zaadaptować się do pracy szkoleniowej. Nie jestem od razu rzucony na głęboką wodę, stopniowo przechodzę przez kolejne szczeble. Podoba mi się ten system. Przede wszystkim w moim przypadku, jako strażak, nie byłbym w stanie pracować jako trener na pełnym etacie, a Super Asystent daje mi taką możliwość.

Praca strażaka wciąż jest dla pana ważna?

Tak i jeszcze raz podkreślę, że to program Super Asystent pozwala mi pracować w Państwowej Straży Pożarnej i w roli szkoleniowca. Cieszę się, że dostałem taką szansę. W PSP jestem na etacie, w systemie zmianowym jako zastępca zmiany. To bardzo odpowiedzialna funkcja. Z moim dowódcą tak ustalam grafiki, aby mógł pojechać na zgrupowanie z młodzieżą i to oczywiście w pełnym wymiarze. Dodam, że nie jestem w stanie całego urlopu poświęcić łyżwiarstwu, mam rodzinę. Ale udaje mi się wszystko połączyć.

Korzysta pan jeszcze z dawnych planów treningowych?

Wiele rzeczy się nie zmieniło, podstawy są podobne, może takie same, ale wiele dyskutujemy we własnym gronie, jak je udoskonalić. Pracuję z młodymi zawodnikami, więc zapiski służą mi również do tego, żeby im powiedzieć o tym, jakie miałem rezultaty w ich wieku, czy na treningach i w ten sposób ich motywuję. Powiem szczerze, że to dobrze działa, bo albo się dowartościowują albo chcą dojść do mojego poziomu.

W swojej pracy asystenta chcę być jednak przede wszystkim pomostem między trenerem głównym i zawodnikami, stworzyć naszym podopiecznym poczucie bezpieczeństwa, aby czuli się zaopiekowani i widzieli sens tego co robią, szczególnie w czasie najtrudniejszych treningów. Mówię o swojej sportowej drodze, którą przeszedłem i którą trzeba i warto iść, aby dojść do wysokiego poziomu. Wydaje mi się, że to jest ważne, gdy mówię polskim juniorom, jak się mobilizowałem, koncentrowałem, na jakie detale zwracałem uwagę. Przekazuję swoje doświadczenie z prawie dwudziestoletniej kariery w reprezentacji, wiedzę, jakiej nie można znaleźć w książkach.

Patrząc z dystansu, czy był pan pewien, że do Soczi pojedzie pan po medal?

Nie brałem pod uwagę innej opcji – miałem wrócić do Polski z medalem. Nie mówiłem tego głośno, nie chciałem nakręcać mediów, środowiska. Wygrałem zawody indywidualne Pucharu Świata, klasyfikację generalną, były podstawy, by marzyć o podium. Miałem dodatkowy atut – byłem już na igrzyskach. Po Vancouver wiedziałem, że chcę medalu i byłem skoncentrowany na tym zadaniu. Ale nie mówiłem sobie, jaki to ma być medal w Soczi. Kiedy pojechałem w zawodach olimpijskich i wykręciłem świetny czas, to mimo że zostało jeszcze sześciu zawodników wiedziałem, że trudno było im poprawić mój wynik. Zaskoczyło mnie jednak, że Holender Koen Verwelj był tak blisko, gorszy tylko o 0,003 s.

Złota na 1500 m nie traktuję w kategorii cudu, niespodzianki, zaskoczenia. Mistrzostwo olimpijskie było efektem mojej determinacji w dążeniu do celu. Mam wrażenie, że w przygotowaniach do igrzysk w Soczi wykorzystałem każdą wolną sekundę tak, aby w decydującym momencie, w chwili startu olimpijskiego, być lepszym o te 0,0003 sekundy od najgroźniejszego rywala.

Zbigniew Bródka jako chorąży polskiej reprezentacji podczas ceremonii otwarcia igrzysk w Pjongczangu 2018. Fot. Adam Nurkiewicz