Paweł Kałuża: Maja Chwalińska uparła się na tenis
Od razu było widać, że to dziecko chce pracować i wyróżnia się czymś więcej. Zawsze powtarzam, że takim pierwszym i długofalowym kryterium talentu sportowego jest koordynacja ruchowa. Maja ją miała – pierwszy trener Mai Chwalińskiej, Paweł Kałuża, opowiada o dwunastu latach pracy z finalistką Roland Garrosa.

„Forum Trenera”: Jesteśmy w hali widowiskowo-sportowej Centrum w Dąbrowie Górniczej, miejscu bardzo istotnym w sportowej historii Mai Chwalińskiej. Spędziliście tutaj bardzo dużo czasu – wiele godzin, wiele lat…
Paweł Kałuża, pierwszy trener Mai Chwalińskiej: To była główna baza treningowa Mai przez dwanaście lat. Służyła nam zawsze w okresie jesienno-zimowym. Mieliśmy tutaj do dyspozycji kort tenisowy. Oczywiście Maja najpierw trenowała na innej nawierzchni, która została zmieniona już po jej przeprowadzce do Bielska-Białej. Za ścianą jest parkiet, na którym grają obecnie koszykarze. Kiedyś trenowały tu siatkarki, a my też oczywiście z niego korzystaliśmy. Jest sala zapaśnicza, siłownia i sala konferencyjna. W miarę możliwości, krok po kroku, etap po etapie, jak tylko była taka potrzeba, Maja mogła korzystać z całego obiektu.
Dlaczego we wczesnych latach tak bardzo przydawały się panu w pracy inne niż tenisowe funkcje tej hali?
Od zawsze taka była filozofia mojego treningu i pracy z dziećmi. Trening z Mają był wszechstronny, zatem kort służył nam do nauki gry i doskonalenie tenisowego, ale też treningu ogólnorozwojowego. Nikomu nie przeszkadzaliśmy i naprawdę dużo pracowaliśmy nad szybkością, zwinnością i koordynacją. Na wspomnianym parkiecie korzystaliśmy na przykład z koszy i większych odległości, mogliśmy zrobić trening szybkościowy czy wytrzymałość szybkościową. W późniejszym wieku bywaliśmy też w minisiłowni czy sali zapaśniczej, gdzie pracowaliśmy nad zwinnością: przewrotem w przód, w tył, staniu na rękach. Były tam zamontowane lustra, więc Maja stosowała też wizualizację: najpierw oglądaliśmy technikę na wideo w sali konferencyjnej – między innymi archiwalne mecze z Roland Garros, czy Wimbledonu – a następnie „na sucho” trenowała przed lustrami. Wszystko po to, aby technika, którą w tym roku zachwyciła w Paryżu publiczność na całym świecie, była idealna.
W jakich okolicznościach rozpoczęła się pana współpraca z tą zawodniczką?
Wiele lat temu przeprowadzałem w Dąbrowie Górniczej akcje tenisowe „Lato w mieście” i „Zima w mieście”. Doszedłem do wniosku, że wprowadzę nieodpłatne zajęcia z tenisa przez kilka tygodni. Potem uznałem, że trzeba zrobić coś więcej. W 2007 roku zorganizowaliśmy pierwszą edycję Talentiady. Dotarłem wtedy przede wszystkim do dzieci z rocznika 1999. Miałem szesnastoosobową grupkę, a w kolejnym roku dotarłem między innymi do Mai, czyli dzieci z roczników 2000 i 2001. Przekonałem władze, czyli panią dyrektor Centrum Sportu i Rekreacji, że warto taką akcję zrobić. Jeździłem po szkołach, wieszałem plakaty przy wejściu. Miałem do dyspozycji salę gimnastyczną. Panie wychowawczynie przychodziły z klasami 1–3 co kwadrans i przez ten czas prezentowałem dzieciom tor przeszkód. Był zbijak, berek, jakieś ćwiczenia sprawnościowe. Wyciągałem plakat z torby i pokazywałem dzieciom, że przez najbliższe dwa weekendy będzie odbywał się nabór do Talentiady Tenisowej. Prosiłem, aby pokazali go rodzicom. Byłem ciekaw, jak zareagują. Jedną z uczestniczek Talentiady w 2008 roku była Maja Chwalińska. Namówiła rodziców do udziału w akcji, mimo że mieli zupełnie inne plany rodzinne i chcieli wyjechać. Ona się jednak uparła i powiedziała: „Najpierw jedziemy do tego pana, przejdziemy gry, zabawy i testy, a później pojedziemy do rodziny”. Tak się też stało.
Wiem, że dzisiaj, po historycznym sukcesie Mai, czyli finale Roland Garros łatwo powiedzieć, że zawsze się wyróżniała i było widać jej wyjątkowość. Chciałbym jednak, żebyśmy rozmawiali uczciwie. Czy Maja rzeczywiście zwróciła pana uwagę już podczas pierwszych kontaktów na korcie?
Tego pierwszego etapu aż tak dobrze nie pamiętam, ponieważ dzieci było dużo, ale pomyślnie przeszła testy. Potem spojrzałem w archiwa i wyniki testów. W wyselekcjonowanej grupie dziesięciorga zawodników Maja była jedną z lepszych. Sprawdzian obejmował test biegu na dwadzieścia metrów, skok w dal z miejsca, test zbierania pięciu piłek, test gwiazdy, rzut piłką tenisową z klęku oraz tor przeszkód weryfikujący zwinność. Przez pierwsze pół roku Maja się bardzo wyróżniała: była najmłodsza i najmniejsza, leworęczna, do tego szybko się wszystkiego uczyła. Była pracowita, mocno skoncentrowana na zadaniu. Gdy powiedziałem, że trzeba rzucać do siebie przez minutę piłką, rzucała. Jak trzeba było skakać na skakance, to skakała. Jeśli trzeba było podbijać piłkę, to podbijała. Od razu było widać, że to dziecko chce pracować i wyróżnia się czymś więcej. Zawsze powtarzam, że takim pierwszym i długofalowym kryterium talentu sportowego jest koordynacja ruchowa. Maja ją miała. Zawsze imponowała też skromnością. Gdy osiągała sukcesy – również międzynarodowe – w kategoriach do lat 12, 14 czy 16, mało kto w szkole wiedział, że jest tak dobrą tenisistką. Nie obnosiła się z tym, my natomiast dodatkowo mocno stawialiśmy na motywację wewnętrzną.
Zawsze powtarzam, że takim pierwszym i długofalowym kryterium talentu sportowego jest koordynacja ruchowa. Maja ją miała.
Cały świat zachwyca się tenisową inteligencją Mai. Jest na korcie tenisistką myślącą, analizującą, sprytną i podejmującą często bardzo dobre decyzje. Czy pan klasyfikuje to jako dar, który udało się pielęgnować? Czy tego da się nauczyć?
Najlepiej, gdy zdolności dziecka idą w parze z pracowitością, bo to też jest dla mnie wyznacznik talentu. Maja taka była. Ta inteligencja do gry, o której pan wspomina, charakteryzuje kogoś, kto ma predyspozycje do danej dyscypliny sportu. Przypominam sobie pierwsze mecze z czasów, gdy miała siedem lat. Zaczynaliśmy trening od rzucanek prawą i lewą ręką, a ona już wiedziała, gdzie jest koleżanka. Nie ma jej z lewej strony, to rzucę na lewą. Koleżanka jest za linią końcową małego kortu, to rzucę jej za siatkę. Ona od razu, nie tłumacząc jej za dużo, goniła przeciwnika po korcie.
Później graliśmy w siatkówkę czy siatkonogę, aby rozwijać jej wszechstronność podczas zajęć ogólnorozwojowych. Wtedy również było widać, że od razu szuka wolnej przestrzeni do zdobycia punktu. To samo odbywało się w tenisie, ale nie ukrywam, że my też tak trenowaliśmy. W moim systemie pracy nigdy nie pomijaliśmy żadnego elementu technicznego czy uderzenia. Wiadomo, że są te etapy i inaczej trenowaliśmy do 10. roku życia, później 12, 14 i dalej. Zawsze na tym treningu była regularność, precyzja, różnorodność z kreatywnością. Przyspieszanie, zwalnianie tempa gry, trudne i specjalne sytuacje. Było tego bardzo dużo, a Mai to pasowało.
Biorąc pod uwagę standardy, pracowaliście ze sobą długo. Do którego roku życia Mai był pan jej trenerem?
Do matury, czyli przez dwanaście lat. Zaczęliśmy w pierwszej klasie, gdy Maja miała siedem lat.
Najlepiej, gdy zdolności dziecka idą w parze z pracowitością, bo to też jest dla mnie wyznacznik talentu.
Urzekające w tej historii jest to, że gdy spojrzymy na galerię medalistów mistrzostw Polski czy listę reprezentantów Polski w Pucharze Davisa, Pawła Kałuży tam nie znajdziemy. Często wydaje nam się, że aby ktoś osiągał sukcesy jako trener lub wprowadzał młodzież w kolejne etapy kariery, musi nieć niesamowitą przeszłość tenisową. Pan takiej drogi nie przeszedł.
W tenisie znalazłem się trochę przypadkowo, jestem człowiekiem z zewnątrz. Gdy studiowałem na czwartym roku katowickiego AWF-u, organizowano dodatkowe zajęcia rekreacyjne ztenisa. Wybrałem się i spodobało mi się. Po jakimś czasie dowiedziałem się przypadkowo, że brakuje dwóch osób, aby zamknąć grupę na kurs instruktora. Zapisałem się. Zdobyłem uprawnienia instruktora, czy trenera tenisa, a po zakończeniu studiów, pracując w Dąbrowie Górniczej w szkole i w Centrum Sportu i Rekreacji, promowałem tenis poprzez różnego rodzaju akcje.
Co pan czuł podczas trzech tygodni Roland Garros, gdy Maja wygrywała kolejne wielkie mecze? Dumę, zaskoczenie, wzruszenie? Jakie emocje dominowały?
Wszystko po trochu. Śledząc jej drogę mecz po meczu, wiele wskazywało na to, że coś z tego będzie – pokonywała te szczeble tak właśnie krok po kroku, dokładnie tak, jak zawsze to robiliśmy. Imponowało mi to. Szczególnie ten mecz z Marią Sakkari, który początkowo się nie układał. Maja szukała przez półtora seta, jak się dobrać do skóry przeciwniczce i ostatecznie to zrobiła. Półfinałowy mecz z Dianą Sznajder to jedna z najlepszych reklam kobiecego tenisa ostatnich lat. Fajna technika, kreatywna gra. Eksperci mówili, że to jest powiew świeżości i tenis, którego dawno nie było. Naprawdę byłem dumny, było mi bardzo miło. Czułem wewnętrzną satysfakcję, że pracowałem z tą dziewczyną i mogłem dołożyć cegiełkę do jej gry oraz obecnego sukcesu.

A co jest teraz dla Mai najważniejsze? Chciałoby się powiedzieć „spokój”, ale akurat jego w najbliższym czasie nie zazna.
Trudno tutaj cokolwiek sugerować. Maja i sztab na pewno są dobrze przygotowani. Jej historia pokazuje, że szła w kierunku czołówki dłuższą drogą, ale rozwijając się, na pewno obserwowała kariery swoich koleżanek. Zdajemy sobie sprawę, że jedne są na szczycie od dłuższego czasu, inne były u góry, a potem spadły. Z pewnością ma już to, przynajmniej teoretycznie, przepracowane.
Co sukces Mai Chwalińskiej oznacza dla lokalnej społeczności, dzieci, młodzieży? Wiele osób dobrze ją zna, utożsamia się z nią.
W Dąbrowie Górniczej widać było poruszenie. W szkole podstawowej i liceum, do których chodziła Maja, powstały strefy kibica. Półfinał i finał można było obejrzeć też w centrum miasta. Dostawałem dużo gratulacji. Ludzie pytali o Maję, prosili aby ją pozdrowić. Wydaje mi się, że Maja stała się inspiracją dla wszystkich mieszkańców i każdego młodego człowieka w naszym w mieście, a nawet w całym kraju. Pokazała, że można zrobić coś z niczego i że nie można się poddawać.
Rozmawiał Marek Furjan

/ForumTrenera