Adam Małysz: Jako prezes niczego obiecać nie mogę. Poza ciężką pracą.

Autor: Dariusz Wołowski
Artykuł opublikowany: 2 sierpnia 2022

– Apoloniusz Tajner był szczęściarzem, w czasie jego prezesury sukcesy odnosiło kilku wybitnych specjalistów sportów narciarskich. Potrafił to wykorzystać i zmienił PZN w prężnie działającą firmę. Będę chciał to utrzymać, a nawet poprawić i rozwinąć w niektórych aspektach – mówi nowy prezes PZN Adam Małysz.

Adam Małysz po wyborze na prezesa Polskiego Związku Narciarskiego
Fot. PZN

Forum Trenera: Długo pana namawiano na kandydowanie na prezesa PZN. W końcu był pan jedynym kandydatem w wyborach. Kiedy podjął pan ostateczną decyzję „na tak”?

Adam Małysz: Koło 15 maja, czyli na 10 dni przed terminem zgłoszeń. Myśl o kandydowaniu na prezesa długo we mnie dojrzewała. Chyba cały rok. Namawiano mnie na to gorąco, ale ja wciąż miałem wątpliwości. Wątpliwości miały też moja żona i córka. A wbrew woli rodziny nie byłbym prezesem PZN.

Zakończenie Pucharu Świata w skokach w Planicy to był dla pana cios? Ostry protest w mediach Kamila Stocha, Piotra Żyły i Dawida Kubackiego przeciw PZN po tym jak przekazał pan trenerowi kadry Michalowi Doleżalowi wiadomość, że związek nie przedłuży z nim umowy.

– To był cios dla mnie i dla mojej rodziny. Żona i córka były wtedy zdecydowanie przeciwne. Nie chciały, żebym kandydował na prezesa PZN. Skoczkowie mieli prawo bronić trenera, ale sposób, w jaki to zrobili, był nieodpowiedni. Przecież znamy się od lat. Jako dyrektor PZN byłem przy nich, jeździłem na zawody, nosiłem im buty, czy plecaki pod skocznią, kiedy było trzeba. Jeśli decyzja PZN w sprawie Doleżala ich dotknęła, powinni byli porozmawiać ze mną, a nie biec do mediów.

Swojej decyzji pan jednak nie cofnął. Adam Małysz ma opinię człowieka spolegliwego, a jednak pan nie ustąpił.

– To nie była tylko moja decyzja, ale zarządu PZN. Mam ogromny szacunek dla Doleżala, bo z kadrą Polski wykonał wspaniałą pracę. Nie będą nawet przypominał, kto go zatrudniał. Ale ten układ się wyczerpał. Po sześciu latach przestał działać i to było widać po wynikach kadry. Byłem głęboko przekonany do zatrudnienia Thomasa Thurnbichlera, więc nie mogłem ustąpić. Zrobiłem to nie dla swojego widzimisię, ale dla dobra kadry, a więc także Kamila, Dawida i Piotrka. Oraz młodszych skoczków, którzy popadli w kryzys.

Rozmawiał pan z liderami kadr od tamtej pory?

– Najpierw z Piotrkiem Żyłą. Z Kamilem i Dawidem odbyłem taką rozmowę podczas Letniego Grand Prix. Najważniejsze, że trenują z Thurnbichlerem, są zadowoleni. Dobrze, żeby rozumieli, że ja i oni gramy do jednej bramki. Jestem od tego, by zapewnić im najlepsze warunki do osiągania sukcesów. Stawką nie jest sympatia do kogoś, albo sprawienie komuś przykrości, ale ich kariery. Ich sukces jest celem PZN.

To jak pan przekonał żonę, żeby pozwoliła panu jednak kandydować na prezesa PZN?

– Minęło trochę czasu od Planicy. Uspokoiłem nerwy i uznałem, że jestem w stanie coś jeszcze zrobić dla sportów zimowych w Polsce. Jestem z nimi związany od dziecka. Jako skoczek, dyrektor, a teraz… prezes. Jeszcze nie mogę się przyzwyczaić do tego ostatniego słowa. Udało mi się też przekonać żonę i córkę.

Co chce pan zmienić w PZN przede wszystkim? Prezes Apoloniusz Tajner firmuje najlepszy okres w historii polskich dyscyplin narciarskich. Sukcesy Małysza, Justyny Kowalczyk, Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, Piotra Żyły, a ostatnio nawet Maryny Gąsienicy-Daniel w narciarstwie alpejskim, czy snowboardzistów.

– Apoloniusz Tajner może się uważać za szczęściarza, ale swój fart potrafił wykorzystać. PZN to już nie związek, ale wielka firma. Chcę to rozwinąć, ulepszyć w niektórych kwestiach. Mam plan, by każda grupa skoczków, biegaczy czy alpejczyków miała własny budżet. I żeby nikt z trenerów, który coś z niego zaoszczędzi, nie tracił tych pieniędzy. Byle wydał je legalnie, zgodnie z zasadami i prawem. Powołam koordynatorów do każdej z dyscyplin. Oni będą nadzorowali trenerów, a ich będę nadzorował ja.

Maryna Gąsienica-Daniel – najlepsza obecnie polska alpejka
Fot. Adam Nurkiewicz

Apoloniusza Tajnera postrzegano jako prezesa od skoków narciarskich. Panu też ten zarzut grozi.

– Grozi. Oczywiście wywodzę się ze skoków i na nich znam się najlepiej. Ale inne konkurencje zimowe też nie są mi obce. Zaczynałem od kombinacji norweskiej. Jeżdżę na nartach, wiem jak narciarstwo alpejskie jest prestiżowe, popularne i powszechne. To nie skoki, których nie da się uprawiać rekreacyjnie. Na nartach jeżdżą miliony, w tym moja rodzina. Dotąd byłem tylko kibicem Maryny Gąsienicy-Daniel, teraz będę jej pomagał. Ona i inni alpejczycy nie będą musieli mi tłumaczyć, jak bardzo ważne są dla nich dobre warunki treningu. Ich sukcesy mogą przyciągnąć na stoki młodzież, a na tym bardzo nam zależy. To podstawa piramidy w każdej dyscyplinie.

Odzyska pan dla PZN Justynę Kowalczyk-Tekieli?

– Nie jest to wykluczone. Póki co jednak Justyna pracuje w Polskim Związku Biathlonu. Czytałem o jej konfliktach z jednym z trenerów, ale dopóki jest zatrudniona w PZBiath, nie będę się mieszał. Wiadomo jednak, ile Justyna zrobiła dla polskich biegów narciarskich i jeśli kiedyś będzie chciała do nich wrócić, PZN stoi otworem. Jestem gotowy do rozmów z każdym, kto jest w stanie pomóc w rozwoju sportów zimowych.

Wie pan o tym oczywiście, że dwie najzdolniejsze młode biegaczki Monika Skinder i Izabela Marcisz popadły w konflikt podczas igrzysk w Pekinie?

– Dowiedziałem się o tym niedawno, ale nawet nie znam szczegółów. Postaram się o to, aby je przekonać, że grają do jednej bramki, w tej samej drużynie. Mam takie spostrzeżenie, że my Polacy nie bardzo umiemy rozmawiać, za to uwielbiamy się kłócić. Mówimy nie po to, żeby przekonać kogoś do swoich racji, ale żeby je przedstawić jako niepodważalne i jedyne słuszne. Jestem pewien, że każdy konflikt da się rozwiązać. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje – ten bon mot powinniśmy sobie stale przypominać. Ja będę rozmawiał z każdym. I przekonywał. Nie lubię podnosić głosu, czy udowadniać komuś swojej władzy. To nie są metody dobre na dłuższą metę. Skuteczne jest przekonywanie. Chcę być prezesem, który łączy, a nie dzieli.

Kto będzie w PZN prawą ręką prezesa Małysza?

– Jan Winkiel, sekretarz PZN. Młody, pełen zapału, kochający sport. Ostatnio mocno siedział w narciarstwie alpejskim i wiem, że tu bardzo mi pomoże.

Koniem pociągowym PZN wciąż będą jednak skoki.

– To prawda, ale nie zaniedbamy innych dyscyplin. Poza tym w skokach też czeka nas kiedyś nieuchronna zmiana warty. Trzech naszych mistrzów świata: Stoch, Żyła i Kubacki powiedzą wreszcie „stop”. Oby stało się to jak najpóźniej, ale się stanie. Taki talent jak Kamil rodzi się raz na pokolenie. Nie wiem, kiedy doczekamy drugiego takiego? Rozmawiałem z Thurnbichlerem, żeby szukał następców, rozwijał ich talent, żebyśmy za jakiś czas nie zostali z niczym. Zastój w rozwoju młodszych skoczków był dla PZN impulsem do zmian w sztabie trenerów kadry.

Zaskoczyło pana, że Doleżal podpisał kontrakt z niemieckim związkiem?

– Nie. Przez trzy lata dobrze współpracowali ze Stefanem Horngacherem w Polsce. Tak mi się wydawało, że trener niemieckiej kadry sięgnie po Doleżala. Dlatego nie jestem zaskoczony.

Od 1972 roku do 2002 przez trzy dekady polscy sportowcy nie zdobyli ani jednego medalu na zimowych igrzyskach. Od tamtej pory wywalczyli ich aż 19. Sześć w Vancouver w 2010 roku i sześć w Soczi w 2014. W Pekinie był już jednak tylko jeden – Kubackiego. Kibice nie byli zadowoleni. Na ile medali liczy pan w Mediolanie, gdy pierwsza kadencja prezesa Małysza będzie dobiegała końca?

– Mieliśmy głęboki kryzys w sportach zimowych, co się na szczęście zmieniło. Zawodnicy startujący na śniegu, czy lodzie przestali być w Polsce sportowcami drugiej kategorii. Stoch, czy Kowalczyk to gwiazdy naszego sportu. Nie tylko PZN, ale też na przykład Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego znalazły środki, by zapewnić zawodnikom warunki treningu porównywalne ze światową czołówką. Trzeba to utrzymać, poprawiać. Nie tylko w skokach, ale w biegach narciarskich, snowboardzie, narciarstwie alpejskim. To nie są sporty tanie, a sprzęt i warunki treningu robią różnicę. Walka o dopływ talentów to jedno, a zapewnienie wszystkiego co potrzeba zawodowcom – drugie. Sądzę, że temu podołamy. Jesteśmy w stanie.

To ile polskich medali będzie w Mediolanie?

– Mam nadzieję, że więcej niż w Pekinie. Liczę na skoczków, alpejczyków, snowboardzistów, którzy już w Pekinie pokazali jak wielkie robią postępy. Wysokich oczekiwań naszych kibiców już się nie boimy. Są normą i to bardzo dobrze. Ja niczego jako prezes obiecać nie mogę, poza ciężką pracą. Swoją i całego PZN.

Co chce pan usprawnić w pracy zarządu Związku?

– Chciałbym, żeby obrady zarządu były krótsze i bardziej merytoryczne. Niech każdy mówi konkretnie o tym, za co odpowiada, a nie opowiada, co mu leży na sercu, a potem nic z tego nie wynika. Ludzie muszą być odpowiedzialni za wyniki swojej pracy, rozliczani z tego, a nie spotykać się i wygadać o wszystkim. Chcę, żeby za PZN stały czyny, fakty, wyniki, a nie słowa.

Nie boi się pan papierkowej roboty?

– No cóż, nie lubię i nigdy tego nie robiłem, ale tyle ile trzeba, muszę zaakceptować. Jako dyrektor wpadałem do biura PZN jak po ogień. Teraz będą tam spędzał więcej czasu. Będą spotkania ze sponsorami, czasem jakieś bankiety, oficjalne spotkania z władzami. Ja nigdy się w tym nie odnajdywałem, ale przywyknę. Garnituru też się nie boję. Będę robił to, co do mnie należy, ale nie chcę być prezesem, który patrzy na sport zza biurka. To nie jest w mojej naturze.

Mam pytania o to, co nie udało się Małyszowi jako dyrektorowi PZN: skoki kobiet i kombinacja norweska.

– PZN zwolnił trenera kobiet Łukasza Kruczka, ale ja uważam, że słabiutkie wyniki pań w Pekinie to nie tylko jego wina. Przede wszystkim stawiam pytanie o profesjonalizm naszych skoczkiń. Przecież niektóre rzeczy da się zmierzyć. Na przykład wskaźnik BMI. Nie da się osiągać wyników na światowym poziomie mając nadwagę. Miałem wrażenie, że nasze dziewczyny bardziej kręciły wpisy w mediach społecznościowych niż skakanie. No i nieustanne konflikty w kadrze, nad którymi nie dało się zapanować. Musimy to zmienić, bo inaczej nie zrobimy kroku do przodu w kobiecych skokach.

Kombinacja norweska? Konkurencja od której pan zaczynał. Była propozycja, żeby wycofać ją z programu igrzysk, ale na razie zostaje. Odpowiadał pan za to, żeby postawić ją w Polsce na nogi.

– Był pomysł, żeby nasi kombinatorzy trenowali z Czechami. Efekty były obiecujące, ale potem pomysł upadł. Ponieważ nie miałem wpływu na to, jak pracujemy z kombinatorami, poprosiłem, żeby prezes Tajner zwolnił mnie z zajmowania się tym. Mamy teraz samych juniorów. Trzeba zacząć budowę od nowa.

Jak zachęcić dzieci i młodzież do sportu? Również wyczynowego. Prawdziwa zima jest coraz krótsza w Polsce.

– Chciałbym przywrócić rolę szkołom mistrzostwa sportowego. Odbudować ją. Zachęcić zdolną młodzież, żeby do nich szła. Żeby cała odpowiedzialność za szkolenie nie spadała wyłącznie na kluby. Tracimy zbyt wiele talentów. W każdej dyscyplinie. Trzeba to zmieniać.

Może trenerzy młodzieży za mało zarabiają?

– Myślę, że nie da się sprowadzać wszystkiego do pensji. Jan Szturc wychował wielu sportowców, bo miał pasję, chęci, umiejętności. Potrzeba nam więcej takich ludzi. W PZN znajdą się środki na szkolenia trenerów. Rozmawiałem już o tym z ministrem sportu Kamilem Bortniczukiem i on zgadza się ze mną, że kwalifikacje trenerów to absolutnie fundamentalna sprawa. Na to pieniądze na pewno znajdziemy.

Czy ta prezesura to dla pana skok w nieznane? Czy też nie jest aż tak nieznane, zważywszy na funkcję dyrektorską w PZN?

– Oczywiście prezes i dyrektor to różnica. Kandydowałem w wyborach PZN, bo czuję w sobie moc, zapał do pracy, chęć podjęcia wyzwań. Nie chcę być prezesem reprezentacyjnym, bo mnie to nie kręci. Prezesura nie jest mi potrzebna dla popularności czy rozgłosu. Autentycznie wierzę, że mogę coś jeszcze z siebie dać sportom zimowym. Myśl o kandydowaniu dojrzewała we mnie długo, ale jest dobrze przemyślana.

Był pan jedynym kandydatem…

– Tak wyszło. Może szkoda, że nie było drugiego? Ale to nie zależało ode mnie. Nie jest ważne ilu było kandydatów, ale czy ten wybrany okaże się właściwy. Mam cztery lata, żeby wszystkich przekonać, że wybór Małysza był ok.

Adam Małysz jako zawodnik
Fot. Adam Nurkiewicz

Rozmawiał Dariusz Wołowski