Adam Małysz: Odchodzę z optymizmem

Autor: Rozmawiał Dariusz Wołowski
Artykuł opublikowany: 3 lipca 2026

– Dwa, trzy lata temu obawiałem się głębokiej zapaści w polskich skokach, ale dziś zostawiam Polski Związek Narciarski z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Na przyszłość naszych skoków patrzę pozytywnie, oczywiście nie tylko ze względu na trzykrotnego medalistę olimpijskiego Kacpra Tomasiaka – mówi Adam Małysz.

Adam Małysz z medalistami olimpijskimi Pawłem Wąskiem i Kacprem Tomasiakiem. Fot. Facebook/Adam Małysz

„Forum Trenera”: Wiem, że ostatnio zadawano panu to pytanie wielokrotnie, ale muszę je powtórzyć: dlaczego zrezygnował pan z kandydowania na prezesa Polskiego Związku Narciarskiego (PZN) na drugą kadencję?

Adam Małysz: Moja wizja rozwoju polskich skoków i wizja członków zarządu PZN były różne, w związku z tym zdecydowałem, że nie będę kandydował. Poza tym ostatnie cztery lata kosztowały mnie bardzo dużo wysiłku. Odkąd zostałem prezesem PZN właściwie nie istniało dla mnie życie prywatne. Nie miałem czasu odpocząć, pomyśleć o rodzinie, własnej firmie, a nawet zdrowiu czy treningu. PZN to jest duże przedsiębiorstwo, z potężnym budżetem i znacznym zespołem ludzi. Nie da się nim zarządzać, jak stowarzyszeniem lub klubem. To było dla mnie ogromne obciążenie. Powiedziałem więc pas. Chcę mieć wreszcie trochę czasu dla siebie, dla rodziny. Trzeba zwolnić, bo nawet zdrowie daje znać o sobie.

W 2022 roku żona i córka odradzały panu kandydowanie na prezesa PZN. Miały rację?

Obawiały się, że szefowanie w PZN pochłonie mnie bez reszty i w tym sensie miały rację. Trzeba było rozwiązywać problemy, prowadzić rozmowy ze sponsorami, tworzyć systemy szkolenia w poszczególnych dyscyplinach. Najgorzej znosiłem całą tę biurokrację i papierologię, która jest bardzo rozbudowana. Nie skarżę się jednak, bo były też plusy, chwile satysfakcji. Udało się przeprowadzić kilka reform, na których mi zależało. Mimo słabszych wyników skoczków nie odwrócili się od nas sponsorzy, zaufali PZN i mnie osobiście, uwierzyli, że uda nam się przezwyciężyć kryzys. Przedłużyliśmy umowę z Orlenem na cztery lata, przedłużyliśmy kontrakt z Visą i oraz firmą KROTOSKI, od której PZN ma samochody. Te firmy miały zaufanie do PZN, ale też do mnie. Stworzyliśmy kilka akcji promocyjnych, takich jak „Akademia Lotnika”, czy „Młody narciarz”, które zachęcają dzieci do skoków i narciarstwa alpejskiego. Mam nadzieję, że następcy będą to kontynuować. Tak więc praca była ciężka, ale nie żałuję, że się jej podjąłem. Myślę, że mogę odejść z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. A przy okazji bardzo dużo się w PZN nauczyłem.

Był pan skoczkiem, dyrektorem sportowym PZN i jego prezesem. Co było najtrudniejsze?

Zdecydowanie najtrudniejsza była prezesura. Bez żadnego porównania.

Jedną z ostatnich Pana decyzji było sprowadzenie do Polski Stefana Horngachera, który skończył pracę na stanowisku trenera kadry skoczków niemieckich. Jak do tego doszło?

Stefan opuścił Polskę w 2019 roku, ale przez cały czas utrzymywałem z nim kontakt. Kiedy okazało się, że jego misja w Niemczech dobiega końca, zadzwoniłem i zapytałem, co chce dalej robić. Miał wiele propozycji, ale nie był przekonany do żadnej na 100 procent. Potem spotkaliśmy się na igrzyskach. Zapytałem, czy chciałby wrócić do Polski, odpowiedział bez wahania, że tak. Porozmawialiśmy i powiedziałem mu, że potrzebujemy koordynatora  kadr –  kogoś, kto stworzyłby u nas spójny system pracy ze skoczkami narciarskimi i  sprawił, żeby wszyscy trenerzy szli w jednym kierunku. Zapytałem Stefana, czy ma na to pomysł. Poprosił o czas do zastanowienia, a potem przedstawił mi swoją wizję. Bardzo mi się spodobała. Pomyślałem, że jest dokładnie kimś, kogo szukamy. Przedstawiłem sprawę członkom zarządu PZN i wszyscy byli zadowoleni. Nikt nie miał wątpliwości, że to wybitny specjalista. Tylko jeden członek zarządu miał zastrzeżenie, że trzeba zapytać o zdanie trenera naszej kadry – Macieja Maciusiaka. Maciusiak bardzo się ucieszył perspektywą pracy z Horngacherem. Znają się przecież dobrze. Maciek i Michal Doležal uważają, że wsparcie człowieka o takiej wiedzy i doświadczeniu jak Stefan bardzo im się przyda. Potem już we trzech zaczęli opracowywać plan pracy. Tym bardziej byłem zszokowany, gdy potem okazało się, że ludzie z zarządu PZN uważają, że decyzję o zatrudnieniu Stefana powinny podjąć nowe władze związku, po wyborach. Zbiło mnie to z tropu. Byłem w trudnej sytuacji, bo najpierw namawiałem Stefana na powrót do Polski, a potem okazało się, że nie mogę tego sfinalizować. Czułem się jak w pułapce, wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Na kolejnym posiedzeniu zarządu byli trenerzy kadry i przekonali wszystkich, że potrzebujemy Stefana. Przecież fachowiec tej klasy co Horngacher nie będzie czekał do lipca, aż my się zdecydujemy. Miał inne propozycje.

Może chodziło o pieniądze?

Stefan zarabia w PZN tyle, ile musi zarabiać ktoś z jego osiągnięciami i doświadczeniem. Ani mniej, ani więcej. Poza tym stwierdził, że jest gotowy podpisać umowę z PZN na rok, a po 12 miesiącach nowe władze z nowym prezesem ocenią jego pracę i przedłużą kontrakt lub nie.

Horngacher będzie robił to, co miał robić Alexander Stoeckl, z którym PZN rozwiązał umowę w lutym 2025 roku?

Nie. Stefan nie jest dyrektorem sportowym PZN. On koordynuje działania różnych kadr, rozmawia z trenerami, nakłania ich do pracy na podobnych zasadach. Żeby szli w tym samym kierunku, a nie każdy robił coś na własną rękę i według własnego widzimisię. Przypomnę, że podczas pracy z naszą kadrą w latach 2016–2019 Horngacher osiągnął wielkie sukcesy i zbudował sobie autorytet wśród  polskich kolegów po fachu. Teraz będzie im służył radą i doświadczeniem, by razem stworzyli efektywny system.

Kiedy Horngacher był w Polsce trenerem kadry, stał za nim dyrektor sportowy PZN Adam Małysz. Teraz go już w związku nie będzie.

Jestem głęboko przekonany, że Stefan sobie poradzi. A gdyby potrzebował mojego wsparcia, to będzie je miał. Odchodzę z PZN, ale w Polsce zostaję, a skoki narciarskie zawsze będą mi bliskie. Poza tym jestem w kontakcie z Horngacherem, który zapewnia, że początek współpracy przebiega znakomicie, a trenerzy i zawodnicy zareagowali pozytywnie na jego plany i pomysły. Miło słyszeć takie słowa na koniec mojej kadencji prezesa.

Pomysł ze Stoecklem nie wypalił?

Alex to znakomity specjalista, ale przyszedł do Polski w złym momencie. Wtedy jeszcze za bardzo był zajęty tym, jak go potraktowano w Norwegii. Nie miał „czystej głowy”. Poza tym poznanie polskich przepisów było dla niego trudne. Za to Stefan Polskę zna doskonale.

Apoloniuszowi Tajnerowi zarzucano, że jest prezesem od skoków narciarskich i wobec pana padały podobne zarzuty. A przecież skoki to tylko jedna z dyscyplin, którymi PZN się zajmuje. Bardzo ważna, ale nie jedyna.

Robiłem wszystko, by inne dyscypliny ulepszyć i rozwinąć. Udało się to w snowboardzie. Mnóstwo uwagi poświęcaliśmy biegom narciarskim, ale nie doczekaliśmy drugiej takiej perełki jak Justyna Kowalczyk. Eliza Rucka-Michałek po przejściach osiągnęła świetny wynik w biegu na 50 km podczas igrzysk. Wspieraliśmy ją i nadal PZN będzie robił wszystko, by osiągała sukcesy. Ona i inne biegaczki oraz biegacze. Konsultantem w biegach narciarskich był szwedzki trener Martin Persson, ale słyszałem, że współpraca z nim nie będzie kontynuowana. Ja uważam, że szkoleniowcy z zagranicy, z wielkich narciarsko krajów, wciąż mają dużo doświadczenia i wiedzy, z których polskie sporty zimowe mogą korzystać. Przyznaję, że spójnego systemu kadr narodowych nie udało się stworzyć w narciarstwie alpejskim. To będzie ciężkie. Tam każdy zawodnik chce trenować na własną rękę, a do PZN przychodzi tylko po pieniądze i uważa, że związek nie powinien się w nic wtrącać. W narciarstwie alpejskim główne role grają rodzice zawodniczek i zawodników, którzy wiedzą lepiej niż PZN, czego potrzeba ich dzieciom. Trudno jednak, żeby związek przyjął takie warunki, że płaci i niczego nie wymaga, niczego nie kontroluje. Oczywiście dużą swobodę mają zawodniczki tej klasy co Maryna Gąsienica-Daniel czy Magda Łuczak, które startują w alpejskim Pucharze Świata.Jednak na niższym poziomie, a szczególnie w pracy z młodzieżą, PZN musi kontrolować  spójność szkolenia.

Wracajmy do skoków narciarskich. To był bardzo trudny sezon Pucharu Świata dla Polaków. Zaledwie jedno miejsce na podium Kacpra Tomasiaka i Dawida Kubackiego w konkursie duetów w Zakopanem. Wszystko uratowały igrzyska. Czy jadąc do Mediolanu i Cortiny wierzył pan w sukces?

Trener Maciej Maciusiak przygotował plan tak, by kulminacja formy skoczków przyszła podczas igrzysk. Łatwo się mówi, trudniej robi. Wszystko było jednak u nas podporządkowane startom olimpijskim. Oczywiście sytuacja nie była łatwa, bo jeśli skoczkowie osiągają dobre wyniki w Pucharze Świata, budują pewność siebie na igrzyska. To taki sam start, jak wszystkie inne, tylko o wyższą stawkę, więc ze znacznie większym obciążeniem psychicznym. Trzeba jednak robić, co możliwe, by podczas olimpiady skakać normalnie. Poza tym igrzyska mają swoje prawa i własną dramaturgię. Tam zawsze jest miejsce na niespodzianki. Na to liczyliśmy. Nie było łatwo, gdy sezon układał się źle i trzeba było szukać rozwiązań problemów, zamiast tylko podtrzymywać formę. Ale wierzyłem w plan Maciusiaka. Uznawaliśmy, że Kacper Tomasiak, ze swoim mocnym odbiciem z progu, największe szanse będzie miał w konkursie na skoczni normalnej. Wiedzieliśmy, że jest mocny psychicznie, ale nie mogliśmy być całkowicie pewni, że wytrzyma presję igrzysk. Wytrzymał w pierwszym konkursie, a potem poszedł za ciosem. Uwierzył, że można na takich zawodach jak igrzyska dokonywać cudów.

Rywale używali sprzętu będącego na granicy legalności, a czasem ją przekraczali. Wiedzieliśmy, że podczas igrzysk będą bali się podjąć ryzyko pójścia po bandzie i wtedy nasze szanse wzrosną. Nie chcę rzucać oskarżeń, ale tak właśnie było.

Najbardziej dramatyczny był konkurs duetów. Nie tylko Tomasiak, ale także Paweł Wąsek skakał doskonale. Trzecia seria była jednak prawdziwym horrorem. Z happy endem.

W krótkim czasie przeżyliśmy na trybunach wszystko: dumę, radość, gorycz rozczarowania i znów szaloną euforię. Płakaliśmy raz ze szczęścia, raz z żalu, a potem znowu ze szczęścia. Kacper i Paweł spisali się na medal. W decydującym momencie trzeciej serii przyszło jednak załamanie pogody, śnieżyca zasypała tory i wiadomo było, że w takich warunkach nie da się obronić pozycji medalowej. Kiedy Tomasiak stawał na rozbiegu, modliłem się już nie tyle o daleki skok, ile o szczęśliwe lądowanie. Żeby sobie jakiejś krzywdy nie zrobił, wpadając z dużą prędkością w kopny śnieg na zeskoku. Na szczęście nic się nie stało, choć przez moment wydawało się, że nasze szanse przepadły. Wystarczyło spojrzeć na słabiutką prędkość Tomasiaka na rozbiegu, by zrozumieć, że nie miał szans polecieć daleko. Byliśmy załamani, ale potem sędziowie anulowali trzecią serię. Mieliśmy więc srebro. Austriacy byli tego dnia poza zasięgiem. Oczywiście Niemcy i niektóre inne ekipy były rozczarowane decyzją jury. Ja uważam, że była słuszna. Można było też wstrzymać zawody i czekać, aż śnieżyca się skończy, ale nie było pewności, kiedy to nastąpi.

W ten sposób polscy skoczkowie wrócili z igrzysk z trzema medalami. Nikt się tego nie miał prawa spodziewać.

Wierzyłem w jedno miejsce na podium i nie będę teraz twierdził, że przewidziałem trzy. Jeśli chodzi o konkurs Super Teamów, to już wcześniej rozmawiałem o tym z dyrektorem FIS Sandro Pertile i przekonywałem go, że dwie serie całkowicie wystarczą. Uważałem, że przy dwóch seriach zawody duetów byłyby bardziej dynamiczne, a ta trzecia wywołuje tylko znużenie u kibiców, ponieważ konkurs staje się monotonny. Zobaczymy zresztą, jak będzie się rozwijała ta konkurencja. Póki co wyskakaliśmy srebrny medal w jej debiucie olimpijskim.

Jak to możliwe, żeby w Pucharze Świata skakać tak źle, a podczas igrzysk tak dobrze?

Mówiłem już o tym wiele razy, że skoki narciarskie przypominają mi Formułę 1, gdzie kluczowe znaczenie ma wyścig technologiczny, a ciągłe zmiany przepisów i kontrole nie zapewniają wszystkim równych szans w rywalizacji. To niedobrze dla naszej dyscypliny, zwiększa dezorientację i zmniejsza zainteresowanie kibiców. W Pucharze Świata polscy skoczkowie odstawali od czołówki przede wszystkim ze względu na sprzęt. Bo technicznie skakali poprawnie. Rywale używali sprzętu będącego na granicy legalności, a czasem ją przekraczali. Wiedzieliśmy, że podczas igrzysk będą bali się podjąć ryzyko pójścia po bandzie i wtedy nasze szanse wzrosną. Nie chcę rzucać oskarżeń, ale tak właśnie było. Ktoś, kto obserwuje skoki dokładnie, będzie wiedział o czym mówię.

Maciek Maciusiak nie bez powodu jest trenerem kadry – wcześniej wielokrotnie udowadniał, że zna się na swoim fachu. Bez wyników na igrzyskach nie obroniłby jednak stanowiska.

Maciej Maciusiak musi mieć stalowe nerwy, żeby wytrzymać presję. Przed igrzyskami spotkał się z falą krytyki. Wiedział, że jeśli w Mediolanie i Cortinie Polacy nie wyskaczą sukcesu, nie obroni stanowiska.

W sporcie wynik weryfikuje pracę trenera. Można mieć najwspanialsze pomysły, duże doświadczenie, harować jak wół, ale bez sukcesów daleko się nie zajedzie. Maciek Maciusiak nie bez powodu jest trenerem kadry – wcześniej wielokrotnie udowadniał, że zna się na swoim fachu. Bez wyników na igrzyskach nie obroniłby jednak stanowiska. Wiedział o tym on, wiedziałem i ja – choć pracowaliśmy razem wiele lat i jesteśmy zaprzyjaźnieni. Maciek i ja również potrzebowaliśmy medalu olimpijskiego. Na szczęście cała praca, którą Maciek wykonał ze skoczkami, przyniosła owoce. Była okazja do świętowania na igrzyskach. Po nich wybraliśmy się z żonami na kilka dni do Gdańska. Wyciszyliśmy telefony, żeby odpocząć od presji i to się nam prawie udało. Z małymi wyjątkami.

Ciekawy jest przypadek skoczków z Austrii, którzy w Pucharze Świata byli tej zimy dominatorami. Tylko fenomenalny Słoweniec Domen Prevc był poza ich zasięgiem.igrzyska mieli jednak słabe – uratowało ich jedynie złoto w konkursie duetów.

Żeby wyjaśnić sprawę, musiałbym wrócić dwa pytania wstecz, czyli do spraw sprzętowych. Jak już mówiłem, nie chcę się w to już zagłębiać.

Konkurs duetów zadebiutował na igrzyskach w odpowiednim momencie. Gdyby utrzymano w programie konkurs drużynowy, Maciejowi Maciusiakowi bardzo trudno byłoby zebrać czwórkę na medal.

Uważam, że konkurs drużynowy powinien zostać w programie olimpijskim. Ma swoją magię, swoich wielbicieli. Duety można było dodać do programu igrzysk, a wtedy każdy trener mógłby powołać po pięciu skoczków, a nie po trzech, jak we Włoszech. Start na igrzyskach to wielka sprawa dla sportowca, szkoda odbierać szansę wielu znakomitym skoczkom, których w Mediolanie i Cortinie nie było.

Kamil Stoch wywalczył awans na swoje szóste igrzyska, ale osiągnął na nich rozczarowujące wyniki: 38. pozycję na skoczni normalnej i 21. miejsce na dużej. Trzykrotny mistrz olimpijski raczej męczył się, niż walczył o sukces.

Patrzyliśmy na to ze smutkiem, bo to przecież wielki skoczek. W dodatku w treningach spisywał się dobrze, nawet bardzo dobrze, szczególnie na dużej skoczni. Kłopoty zaczynały się w kwalifikacjach, czyli w seriach punktowanych. Zapewne to był wynik presji psychicznej, choć wielu ludzi się oburza, że taki mistrz, a nie dał sobie rady z własną głową. No cóż, tak to oceniali Maciusiak, Doležal i sam Kamil. Jak widać, presja startowa dotyczy również tych największych. Nie wiem co mogę więcej powiedzieć poza tym, że bardzo mi przykro. Tym bardziej, że jako skoczek znam to z doświadczenia. Pomyślmy jednak, że słabsze igrzyska w Mediolanie nie unieważniają tego, co Kamil osiągnął wcześniej na wszystkich skoczniach świata. Miał wspaniałą karierę.

Odejście Kamila Stocha to dla polskich skoków koniec epoki. Był nie tylko wielkim mistrzem, ale też liderem najlepszej drużyny, jakiej doczekaliśmy w tej dyscyplinie. Musimy się martwić o następców?

Dwa lub trzy lata temu obawiałem się zapaści w polskich skokach. Teraz patrzę w przyszłość z optymizmem. Nie chodzi mi tylko o Kacpra Tomasiaka, ale o kilku innych utalentowanych, młodych skoczków. Wyniki badań wydolnościowych niektórzy mają podobne lub nawet lepsze od Kacpra. Trzeba się tylko przekonać, czy są tak samo silni mentalnie. Jeśli tak, nie powinno być źle. Poza tym chciałbym przypomnieć, że Dawid Kubacki, Piotr Żyła i Maciej Kot wciąż będą walczyć o powrót do czołówki.

Odnosił pan sukcesy jako skoczek, potem dyrektor sportowy PZN, a wreszcie jako prezes Związku. Era Małysza też się kończy.

Nie uciekam z Polski ani z polskich skoków. To niemożliwe zapomnieć o dyscyplinie, która tyle mi dała. Zawsze będę pod ręką, w kontakcie ze wszystkimi, którym moja pomoc lub rada będzie potrzebna. Tylko już nie z pozycji działacza czy prezesa.

Kończy pan swoją prezesurę z satysfakcją?

Tak. Oczywiście nie ma ludzi nieomylnych, ja też popełniałem błędy, ale wydaje mi się, że wiele rzeczy udało nam się zrobić. Sumienie mam czyste. 

Rozmawiał Dariusz Wołowski

Adam Małysz podczas zawodów Pucharu Świata w snowboardzie w Krynicy. Fot. Facebook/Adam Małysz