Roland Cieślak: Szczęśliwy trener – szczęśliwy zawodnik

Autor: Rozmawiał Kamil Kołsut
Artykuł opublikowany: 3 lipca 2026

Chcę być najlepszym trenerem, jakim mogę być, ale im więcej człowiek czerpie wiedzy, tym częściej dostrzega, jak wciąż mało wie, bo zaczynają go zastanawiać i interesować kolejne elementy – mówi w rozmowie z  „Forum Trenera” Roland Cieślak, trener reprezentacji łyżwiarskiej w biegach średnich i długich.

Roland Cieślak i Władimir Semirunny. Fot. Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego

„Forum Trenera”: Jak w łyżwiarstwie szybkim rozpoznać talent?

Roland Cieślak, trener kadry narodowej w biegach średnich i długich: Istotne są zarówno możliwości organizmu, jak i technika. Nie jest tak, że ktoś o doskonałej wydolności będzie od razu jeździł szybko biegi długie. To wymaga lat pracy nad techniką, aby była jak najbardziej ekonomiczna. Do osiągnięcia sukcesu potrzeba oczywiście pewnej wrodzonej wydolności, która charakteryzuje najlepszych. To po prostu trzeba mieć. Nie badamy jednak jej poziomu u dzieci, które przychodzą pierwszy raz na trening. Skupiamy się na technice.

Macie jakieś pierwsze sito weryfikacji dla tych, którzy chcieliby zawodowo uprawiać łyżwiarstwo?

Nasz sport wciąż jest niszowy, a dzieci chętnych do panczenów brakuje, bo niewiele jest też ośrodków, gdzie mogę trenować wyczynowo. Każdy klub stara się więc jak najdłużej zajmować chętnymi i szkolić ich aż do wieku juniora, czy nawet seniora. Wtedy zaczyna się klarować, czy ten dany zawodnik rokuje i może osiągać dobre wyniki na profesjonalnym poziomie, czy raczej będzie po prostu bawił się w sport.

Jak kształtuje się wydolność najlepszych panczenistów na tle innych dyscyplin, np. kolarstwa?

Trudno te obszary porównywać. Mierzymy oczywiście VO2max (maksymalna ilość tlenu, jaką organizm może zużyć podczas intensywnego wysiłku w ciągu minuty – przyp. red.) i w przypadku Władka Semirunnyego sięga ona 76ml/min/kg, ale w naszej dyscyplinie większe znaczenie ma próg beztlenowy (maksymalna intensywność wysiłku, którą można utrzymać, zanim organizm przestanie nadążać z usuwaniem kwasu mlekowego – przyp. red.). Właśnie to kształtujemy i staramy się rozwijać w trakcie sezonu, bo ma największe przełożenie na długie biegi.

Technika jazdy u dojrzałego zawodnika jest ukształtowana, czy to obszar, który wymaga ciągłej pracy?

Łyżwiarstwo jest trudnym sportem. Nawet w przypadku mistrza olimpijskiego nie jest tak, że raz nauczył się jeździć i to wystarczy na całą karierę. Są niuanse, nad którymi cały czas trzeba pracować. Niektóre elementy uciekają, czasami pojawia się coś nowego do wprowadzenia. Na tym polega też nasza codzienna praca na treningach, aby wyłapywać pewne rzeczy i je korygować, a wszystko należy dopasować do zawodnika. Czasami szkoda czasu na poprawianie drobnostek, których dany łyżwiarz nie jest w stanie zrobić. Lepiej skupić się na doprowadzeniu do perfekcji innego elementu.

Czy technika jazdy, do której dążycie, ewoluuje, bo dzięki badaniom i postępowi nauki dowiadujemy się o ekonomii ruchu coraz więcej?

Tak, ona się zmienia. Dziś zawodnicy starają się generować jak największą moc w każdym momencie jazdy. Jałowa jazda na prostej krawędzi nie ma sensu. Kiedy płoza jest pod kątem, czyli w odbiciu, to wywiera na lód konkretną moc, przekazuje więcej watów. Pracujemy, żeby te odbicia były jak najczęstsze.

Skąd to wiecie?

Tego akurat dowiedziałem się w Holandii.

Holendrzy inwestują w łyżwiarstwo tak dużo, że zawsze będą w awangardzie?

Poświęcają naprawdę sporo środków na badania dotyczące sprzętu i aerodynamiki. Stroje, kaski, dodatkowe rękawiczki czy ochraniacze na łyżwy – to wszystko jest przez nich dogłębnie analizowane. Zawsze będą mieli dzięki temu pewną przewagę, bo chociażby firma, która produkuje płozy, jest holenderska. Dziewięćdziesiąt  procent zawodników jeździ na sprzęcie Vikinga. Możemy się domyślać, że dzięki temu tamtejsi zawodnicy jako pierwsi mogą testować zmiany dotyczące płóz czy stali. Nowe firmy próbują wejść na rynek, ale wciąż to Holendrzy mają monopol.

Skąd pan czerpie wiedzę?

To systemowo trudna sprawa, bo nie ma czegoś takiego jak szkolenia dla trenerów na poziomie światowym. Ci najlepsi nie chcą dzielić się wiedzą. Ja miałem to szczęście, że trafiłem na dobrą osobę z Holandii, która wprowadziła mnie do zawodu i otworzyła oczy na nowe rzeczy. Jestem za to bardzo wdzięczny. Staram się rozmawiać z innymi szkoleniowcami, ale najważniejsza jest obserwacja własnej pracy i weryfikacja wiedzy na podstawie treningów oraz wyników.

To nieustanna praca na żywym organizmie?

Trochę tak to wygląda. Chcę być najlepszym trenerem, jakim mogę być, ale im więcej człowiek czerpie wiedzy, tym częściej dostrzega, jak wciąż mało wie, bo zaczynają go zastanawiać i interesować kolejne elementy. Próbuję oczywiście czerpać od innych, dużo rozmawiam. Obserwuję też na inne dyscypliny, bo w poszukiwaniu rozwoju nie można się zamykać.

Kolarstwo?

Ten etap już chyba mamy za sobą. Moim zdaniem dzisiejszym  kierunkiem może być czerpanie z lekkiej atletyki, przede wszystkim w zakresie programowania czasu wysiłku, ponieważ charakter pracy jest dość podobny, zwłaszcza w przypadku biegu na 1500 m.

Treningi staram się organizować tak, żeby zawodnik się rozwijał, ale miał też trochę frajdy z jazdy, więc tak w 5 proc. daję Władkowi wolną rękę. Jeśli jest jakaś dodatkowa aktywność, którą chciałby zrealizować, to jestem na tak.

Doświadczenie z kariery zawodniczej pomogło na początku pracy trenerskiej?

Nie, bo moja wiedza dotycząca działań szkoleniowychbyła zerowa i nic z doświadczenia zawodniczego nie dało się tak naprawdę przełożyć na pracę trenera. To dwie zupełnie różne role. Obowiązki szkoleniowca to nie tylko kwestia szlifowania techniki, ale także organizacji treningów i zgrupowań, prowadzenia grupy czy budowania autorytetu wśród zawodników… To, że byłem wcześniej wyczynowcem, nie miało żadnego znaczenia.

Co czeka was dalej z Władkiem Semirunnym? Nad czym musicie pracować?

Władek jest na bardzo dobrym poziomie sportowym, ale tak naprawdę w każdym segmencie przygotowań – czy to fizycznym, czy technicznym – mamy coś do poprawy. Patrzę na jego rozwój holistycznie. Nie możemy skupiać się wyłącznie na sile czy wytrzymałości. Wszystko musi iść razem. Treningi staram się organizować tak, żeby zawodnik się rozwijał, ale miał też trochę frajdy z jazdy, więc tak w 5 proc. daję Władkowi wolną rękę. Jeśli jest jakaś dodatkowa aktywność, którą chciałby zrealizować, to jestem na tak. Zawodnik musi czerpać z tego radość.

Jak duży macie sztab szkoleniowy?

Tak naprawdę jestem tylko ja. Mamy oczywiście w grupie asystentkę, która pomaga w organizacji zgrupowań czy rezerwacjach. Czasami konsultuję się z Henkem Hospese, bo to trener, który pomagał mi na pewnym etapie, a obecnie mamy świetny kontakt. Jest też z nami fizjoterapeuta. Poza tym zajmuję się wszystkim – przygotowuję trening siłowy i sprzęt, planuję zgrupowania oraz rozpisuję plany treningowe. To dość naturalny model. Wiadomo, że są ekipy, które mają swoich specjalistów od przygotowania fizycznego, ale w każdej reprezentacji kluczową rolę odgrywa jeden główny trener. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

Pracujcie z psychologiem sportu?

Zawodnicy mają dostęp do psychologa, ale wizyty organizują sami. Nie chcieliśmy wprowadzać niczego odgórnie, na siłę. Kiedyś mieliśmy jedną osobę przypisaną do grupy, ale to nie było dobre rozwiązanie. Lepiej, żeby zawodnicy mieli możliwość wyboru. Uważam, że psychologia w sporcie jest niezwykle potrzebna. Musimy uświadamiać zawodników, że psycholog nie jest wrogiem tylko kimś, kto pomaga. Władek ma twardą mentalność i na razie radzi sobie ze wszystkim sam, mając oczywiście wsparcie otoczenia, ale niewykluczone, że za rok czy dwa uznamy, że potrzebuje kogoś, kto go w tym aspekcie poprowadzi.

Łyżwiarstwo szybkie to drogi sport?

Sam sport nie jest drogi. Najdroższe są zgrupowania, zwłaszcza zagraniczne. Hala w Tomaszowie Mazowieckim to coś wspaniałego, bo możemy dzięki temu trenować na miejscu. Czekamy na kolejne. Sam jestem z Tomaszowa, podobnie jak Władek. To dla nas bardzo wygodne. Trudniej jest latem, kiedy jeździmy na obozy wysokogórskie, które są droższe. Jeżeli chodzi o sprzęt, to komplet można kupić nawet za 15 tys. zł i jeździć na nim przez cztery lata. Buty dla najlepszych zawodników robione są na odlew i parę można nabyć za 2-3 tys. euro. Płozy to ok. 3-4 tys. zł. Władek ma akurat kilka kompletów, które testujemy i wymieniamy, ale na każdym można jeździć przez kilka lat.

Czy się różnią?

Twardością. Inna jest stal. Viking, o którym wspominałem, ma trzy rodzaje. Im twardsza stal, tym lepsza dla sprinterów, wraz z wydłużaniem dystansu używamy coraz miększej. Płozy mają też różne długości, dopasowane do rozmiaru stopy. Sami dostosowujemy promień łuku, służą do tego specjalne maszyny. Gniemy płozy lekko w stronę wirażu. To element, który korygujemy w trakcie przygotowań, szukamy odpowiedniego rozwiązania. Dla mnie to o tyle naturalne, że zanim zostałem trenerem, byłem serwismanem kadry. To ja podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie szykowałem sprzęt dla kadry. Praca jest dość monotonna i nużąca, często całe noce spędzałem przy stole z płozami.

Władymir Semirunny. Fot. Adam Nurkiewicz

Łyżwiarstwo szybkie jest polem wyścigu technologicznego?

Raczej nie. Nie wiem, gdzie można byłoby znaleźć dziś przewagę, jeżeli chodzi o technologię. Mówi się ostatnio coraz więcej o aerodynamicznych strojach, ale co do samego sprzętu – nie ma tu wielkiego pola na rewolucję. Holendrzy, jak wspominałem, mogą mieć pewne rozwiązania do testowania wcześniej, ale nie mówimy tu o elementach, które pozwalałyby im wygrywać wyłącznie dzięki przewadze technologicznej

Co powiedziałby pan młodemu człowiekowi, który chciałby zostać trenerem łyżwiarstwa szybkiego i przyszedł z prośbą o radę?

Nie ograniczaj się. Staraj się rozwijać i próbować nowych rzeczy. To jest najważniejsze. Trzeba próbować. Dodałbym również radę, aby młodzi trenerzy dbali o siebie i swoje zdrowie psychiczne tak samo, jak dbają o rozwój swoich zawodników. Ich samopoczucie i energia mają ogromny wpływ na grupę, którą prowadzą. Szczęśliwy trener – szczęśliwy zawodnik.