Sylwester Szmyd. Polskie kolarstwo kobietą stoi. Dlaczego?
Od początku założyłem sobie, że chciałbym być dla zawodnika takim coachem, jakiego ja sam bym chciał mieć. Podchodzę do tej pracy z pasją, dużym zaangażowaniem. Odnajduję się w tym. Jeden z moich kolegów z peletonu powiedział mi: „Sylwek, jesteś lepszym trenerem, niż byłeś zawodnikiem” – o opowiada „Forum Trenera” nowy szkoleniowiec kadry elity kobiet w kolarstwie Sylwester Szmyd.

„Forum Trenera”: Ponownie został pan trenerem w Polskim Związku Kolarskim. Wcześniej, po krótkiej współpracy, rozstał się pan ze związkiem. Nie bał się pan podjąć pracy w tym samym miejscu?
Sylwester Szmyd: Sytuacja jest trochę podobna. Wtedy zostałem trenerem kadry narodowej mężczyzn, nagle odszedł Piotr Wadecki, dyrektorem sportowym był Marek Leśniewski. Dziś pełnię rolę trenera kadry kobiet, 1 lipca odeszła Gosia Jasińska, a różnica jest taka, że Marek Leśniewski jest prezesem związku. Spotkaliśmy się w Bydgoszczy, poprosił mnie o pomoc. Powiedziałem, że pojadę na mistrzostwa świata do Kanady, chociażby prywatnie ze względu na Dominikę Włodarczyk, którą trenuję, dlaczego więc miałbym nie pomóc.
Czy ma pan zadanie do wykonania na już – przygotowanie kadry do mistrzostw świata i Europy, czy jednak szerszą perspektywę sięgającą igrzysk olimpijskich w Los Angeles?
Marek wyraźnie zaznaczył, że najważniejsze są teraz dla związku mistrzostwa świata i Europy, a wcześniej Tour de Pologne. Poprosił również o nadzór nad reprezentacją do lat 23, ale ograniczyłem się do elity. O igrzyskach nie rozmawialiśmy. Na razie ratujemy bieżącą sytuację. Skupiam się na tym, co przede mną w najbliższych tygodniach.
Zgadza się pan z opinią, że mamy w tej chwili najsilniejszą kadrę w historii polskiego kolarstwa kobiet? I z czego to wynika?
Kolarstwo polskie kobietą stoi. Dużo klubów nastawiło się na kobiece kolarstwo. Od lat prężnie działa wiele ośrodków: Klub Kolarski Ziemia Darłowska, Pacific Toruń, w którym jeździły Kasia Niewiadoma i Agnieszka Skalniak, Mat Atom, skąd wywodzi się m.in. Dominika Włodarczyk. Te kluby bardzo dobrze pracują na każdym szczeblu: od naborów, szkolenia po przygotowanie do zawodowego kolarstwa. Na pewno łatwiej jest zorganizować kobiecą grupę kolarską niższej kategorii, bo trzeba zawodniczkom mniej płacić. Ale odnoszę wrażenie, że w Polsce dziewczyny chętniej garną się do kolarstwa niż chłopcy. Dlaczego? Może dlatego, że chłopcy mają perspektywę dłuższej pracy, aby dojść do dobrego wyniku i nie ma co ukrywać – konkurencja jest większa. Ale to absolutnie nie tłumaczy wszystkiego. Widzę, że wśród dziewczyn w Polsce zapanowała moda na kolarstwo. Nasz sport spopularyzowała Kasia Niewiadoma, wcześniej Maja Włoszczowska, która choć uprawiała MTB, to jednak była kolarką. I zwróciłbym uwagę na jeszcze jeden fakt – wielkie wyścigi kolarskie: Tour de France, Giro d’Italia, klasyki istnieją już w wersji damskiej. Jest telewizja, piękne transmisje, które działają na wyobraźnię. Nie zapominajmy, że kolarstwo nie jest już traktowane jako męski sport. Dużo łatwiej, niż wiele lat temu, zacząć uprawiać go dziewczynom.
W grupie Red Bull mamy siedmiu dietetyków, kilku kucharzy. Pracują tu ludzie z ogromną wiedzą na temat odżywiania sportowców i kładą duży nacisk na ten aspekt życia. Dieta jest układana zawsze pod trening. Wspomagamy się aplikacjami.
Ale panuje opinia, że pieniędzy w męskim kolarstwie jest więcej niż u kobiet?
Kilka zawodniczek w peletonie World Tour zarabia około milion euro na sezon. W peletonie dla dobrych kolarek zarobki wahają się od 200 do 300 tysięcy euro na rok. To już nie jest mało. Jeżeli kobiecie podoba się jazda na rowerze, chce się jej poświęcić, bo ten sport wymaga poświęceń, to wybierze to zajęcie. Uprawianie tej dyscypliny zawodowo zapewnia ciekawe życiowe perspektywy również pod względem finansowym. Wszystko wokół jest bardzo dobrze zorganizowane. Popatrzmy na drużyny zawodowe, one mają zaplecze podobne do tych, co największe zespoły męskie World Tour: piękne autobusy z profesjonalnym wyposażeniem, najlepsi trenerzy, lekarze, dietetycy. Kolarstwo kobiet daje dziś ogromne możliwości.
Trening kolarski kobiet bardzo się różni od treningu mężczyzn?
Powiedziałbym, że kobiety więcej trenują. Ja nawet tego nie rozumiałem, kiedy zaczynałem opiekować się Darią Pikulik, wcześniej Martą Jaskulską, teraz Dominiką. One jechały na klubowe zgrupowanie i zastanawiałem się, po co tyle trenują? To nie było potrzebne. Wszystko zależy od poziomu zawodniczki, ale liczby powtórzeń, serii, bloków są zbliżone jak u mężczyzn.
Może różnice są w diecie?
Widzę, że kobiet trzeba bardziej pilnować, żeby jadły dużo częściej i trochę więcej. Przepisy UCI regulują sprawy wagi, jeżeli zawodniczka ma zbytni ubytek na wadze, może ją zawiesić. Panie mają ewidentnie tendencję do niejedzenia. Jako trener – czy to kobiet, czy mężczyzn – sprawami dietetyki jednak nie ja się zajmuję. W grupie Red Bull mamy siedmiu dietetyków, kilku kucharzy. Pracują tu ludzie z ogromną wiedzą na temat odżywiania sportowców i kładą duży nacisk na ten aspekt życia. Dieta jest układana zawsze pod trening. Wspomagamy się aplikacjami. Zawodnicy wpisują do telefonu wszystkie informacje, co jedzą. Daje to poczucie kontroli, ale przede wszystkim wiedzę.
Ilu zawodniczek i zawodników obecnie pan prowadzi?
Staram się nie mieć za dużo kolarek i kolarzy pod opieką. Chodzi o to, abym skupił się na swojej pracy z konkretnym zawodnikiem. Miałem też przypadek, chodziło dokładnie o Darię Pikulik, która prosiła mnie o przejęcie jakiejś osoby. Wytłumaczyłem jej, że wtedy będę miał mniej czasu dla niej i zrozumiała to. Trenuję sześciu zawodników z grupy World Tour Red Bull – Bora Hansgrohe i dwóch młodzieżowców z tego samego zespołu. Indywidualnie prowadzę trzy zawodniczki: Dominikę, Kaję Rysz, Wiktorię Pikulik i od nowego sezonu jeszcze jedną zawodniczkę World Tour. Pracuję – i to dosyć długo – z czwórką amatorów. Nie szukam ich, sami się zgłaszają. Nie mam czasu, by jeszcze bardziej się angażować.
Jakie możliwości ma pana zdaniem Dominika Włodarczyk?
Cały czas długa podróż przed nami. Widzę, jaki progres zrobiła w zeszłym roku, co jest w stanie jeszcze zrobić. Dobrze się dogadujemy, dobrze pracujemy i w dobrym kierunku poszliśmy dwa lata temu, kiedy zaczęliśmy pracować. Wtedy zobaczyłem jej parametry fizyczne i od razu powiedziałem, że to jest dziewczyna na wielkie toury. Ona się ze mną nie zgadzała, ale ponieważ ja nie lubię sprzeciwu, to jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Dominika była już czwarta w ubiegłym roku w Tour de France Femmes, w tym roku siódma. W kolarstwie kobiecym – i tu jest ta różnica z męskim – to się nie kłóci jedno z drugim. Zawodniczka może być dobra w wielkich wyścigach i w klasykach. Dlatego tak bardzo żałuję, że Dominika rozchorowała się na wyścigi ardeńskie wiosną tego roku. Mogła powalczyć, była bardzo dobrze przygotowana. Czekamy do przyszłego roku. Progres wynika z tego, że pracujemy nad poprawieniem kolejnych elementów. Na przykład pod koniec ubiegłego roku skupiliśmy się na jeździe indywidualnej na czas. Uznałem, że jeżeli chce powalczyć w wielkich tourach, to musi poprawić tę konkurencję i bardzo chciałem, aby dobrze wypadła na mistrzostwach Polski. Sprawdziłem najpierw, jak wygląda współczynnik aerodynamiczny CdA (cd to współczynnik oporu opisujący kształt i gładkość bryły, a A to powierzchnia czołowa – czyli rzut powierzchni obiektu na płaszczyznę prostopadłą do kierunku ruchu). Od razu wiedziałem, że tu trzeba dużo zmienić. Wynajęliśmy specjalistę od aerodynamiki, pracowaliśmy na torze w Pruszkowie i poprawialiśmy ten parametr. Dominika wykonała dużą pracę na rowerze czasowym, tzw. kozie. Na wszystko dostała zgodę od swojej grupy UAE L’IMAD. Naprawdę, bardzo się skoncentrowaliśmy na tych przygotowaniach. One wymagają innego treningu, bo trening pod góry jest dużo mniej skomplikowany. Zwiększa się intensywność, objętość, obciążenia najczęściej pod konkretne podjazdy.

Teraz łatwiej zrozumieć, dlaczego Dominika Włodarczyk wywalczyła mistrzostwo Polski w jeździe indywidualnej na czas z tak ogromną przewagą. Nie uważa pan jednak, że to źle świadczy o jej rywalkach?
Nie pomyślałem w ten sposób, bo skupiłem się na Dominice. Powiedziałem jej wieczorem przed startem, że wygra z dwoma minutami przewagi. „Trenerze, trochę przesadziłeś” – usłyszałem. Trasa na Mazurach była ciężka, a współczynnik aerodynamiczny nie odgrywał tak wielkiej roli. Agnieszka Skalniak- Sójka jest bardziej aerodynamiczną zawodniczką i Dominika musi jechać przy dużych wattach (z większą mocą), żeby mieć dobry wynik. Wygrała z przewagą 1:32, trochę do dwóch minut zabrakło, ale byliśmy bardzo zadowoleni. To mistrzostwo Polski było wynikiem ciężkiej pracy, jaką wykonaliśmy przez cały rok. Nie ma jednak innej drogi.
Przed panem bardzo poważny problem do rozwiązania. Przy tak silnej polskiej drużynie trudno będzie wybrać liderkę na mistrzostwa świata.
Nie będzie to problemem. Mamy dwie zawodniczki na bardzo wysokim poziomie, mogą walczyć o wszystko. To trasa sama wyłoni liderkę. Nie trzeba sobie dużo pomagać w czasie wyścigu, bo mamy ładny dwukilometrowy podjazd, szeroką drogę, żadnych technicznych zjazdów, nigdzie nie hamujemy. Jechałem tą trasą jako zawodnik i jako dyrektor sportowy, znam ją więc dosyć dobrze. Jeżeli na ostatnią rundę zawodniczki wjadą w małej grupce i będziemy mieli dwie dziewczyny w czołówce, to wtedy trzeba rozstrzygnąć, na którą jedziemy. Ale to ja muszę przygotować wcześniej rozwiązanie w takiej sytuacji, bo jestem trenerem. Proszę mi życzyć tego problemu.
Trener kolarski to w moim rozumieniu człowiek, który ma przed sobą tabelki i rozpisuje sesje treningowe. Coach spina wszystko. Lubię wiedzieć o zawodniku jak najwięcej, rozmawiać z nim, zrozumieć go. Chciałbym, żeby ze mną poczuł się bezpiecznie.
Jak się zostaje trenerem kolarstwa?
Zostać nim może każdy, ale żeby to miało ręce i nogi, trzeba być na to przygotowanym. Będąc jeszcze kolarzem, wiedziałem, że chcę być trenerem albo coachem, bo ja wolę używać takiego terminu. Szykowałem się do tego zawodu. Ostatnie dwa lata kariery zawodowej pracowałem z Luigi Cecchinim. Byłem z tego powodu bardzo szczęśliwy, bo kiedy przyjechałem do Włoch i zamieszkałem w Toskanii, wszyscy najlepsi kolarze byli jego zawodnikami: Michele Bartoli, Mario Cipollini, Alessandro Petacchi, Paolo Bettini. Mnie wtedy nie było stać na niego. Musiałbym mu zapłacić całą swoją roczną pensję. Na koniec kariery miałem okazję podpatrywać jego metody, styl pracy. Potem zrobiłem kurs UCI i przystąpiłem do wykonywania mojego wymarzonego zawodu. Od początku założyłem sobie, że chciałbym być dla zawodnika takim coachem, jakiego ja sam bym chciał mieć. Podchodzę do tej pracy z pasją, dużym zaangażowaniem. Odnajduję się w tym. Jeden z moich kolegów z peletonu powiedział mi: „Sylwek, jesteś lepszym trenerem, niż byłeś zawodnikiem”. Ja mu powiedziałem, że sprawia mi to więcej radości. Ale to, że byłem zawodnikiem, pomogło mi lepiej zrozumieć kolarzy.
Czym zajmuje się trener kolarstwa? Jaka jest różnica między trenerem a dyrektorem sportowym?
Powtarzam, że nie jestem trenerem, ale coachem. Trener kolarski to w moim rozumieniu człowiek, który ma przed sobą tabelki i rozpisuje sesje treningowe. Coach spina wszystko. Lubię wiedzieć o zawodniku jak najwięcej, rozmawiać z nim, zrozumieć go. Chciałbym, żeby ze mną poczuł się bezpiecznie. Nie ograniczam się do tabeli treningowej i mówienia „dziś robimy to, jutro tamto”, itd. Główny element mojej pracy to, że planuje treningi nie więcej niż tydzień naprzód. Muszę tak robić, bo tego wymagają ode mnie dietetycy. Wtedy oni rozpisują w aplikacji jadłospis pod konkretne treningi. No więc, planuję sesje treningowe, potem je analizuję, bo jak kolarz wraca z treningu, cały plik z danymi ląduje u mnie na platformie. Na bazie tych danych pracujemy dalej. Oczywiście nie da się pominąć szerszego kontekstu, czyli makrocykli. Jeżeli z Dominiką chcemy wystartować w Giro d’Italia, to podejmujemy się analizy dużo wcześniej i ustalamy plany długofalowe. W kolarstwie istotną rolę odgrywają współczynniki wydolnościowe i mocy. Pracujemy nad nimi w zależności od konkretnego wyścigu – czy rozgrywa się w górach, czy to sprint, czy klasyk z pofałdowaną trasą. Mam pod opieką różnych kolarzy i dostałem zadanie, aby przygotowywać do wielkiej kariery sprinterskiej włoskiego 19-letniego młodzieżowca Alessio Magagnottiego. Grupa Red Bull inwestuje w niego. W moim odczuciu w przyszłości może być też wybitnym specjalistą od klasyków. Tych zadań trenera kolarskiego jest dużo, ale bazą jest właściwe rozpoznanie poziomu, limitów i charakterystyki zawodnika, określenie planów na przyszłość – tych krótkich i dalekoterminowych.
Czy nowe technologie sprawiają, że zawodnik jest całkowicie kontrolowany przez trenera?
Technologie służą mi do pracy i podstawowych analiz. Innymi danymi interesuję się wtedy, kiedy zaczyna się coś dziać i włącza się jakiś alert. W Red Bullu posiadam taki komfort, że zajmuję się tylko swoją pracą, a dietetycy, psychologowie, fizjoterapeuci skupiają się na swoich dziedzinach. Mamy do dyspozycji nowoczesny ośrodek Athlete Peformance Center (APC) w austriackim Thalgau. To centrum dla wszystkich sportowców grupy: piłkarzy, kolarzy, pilotów, kierowców Formuły 1, narciarzy, triathlonistów. Kiedy mój zawodnik idzie na konsultacje bądź badania do APC, to potem wszystkie raporty spływają do mnie. Posiadam ogromny luksus pracy w takim zespole. W centrum znajduję się ja jako coach, a wokół mnie krążą jak satelity dietetycy, psychologowie, osteopaci, fizjoterapeuci. Mają ogromne doświadczenie, bo pracują z najlepszymi sportowcami na świecie.
Ale w Tour de France nie jesteście w stanie pokonać Tadeja Pogacara. To jest w ogóle możliwe?
Chyba nie, ciężko mi to sobie wyobrazić. Wyścigi z udziałem Słoweńca stają się bardzo nudne, nie chce się oglądać tego, jak wygrywa cały czas jeden kolarz. On sam mógłby uatrakcyjnić tę rywalizację, robić wywiady w trakcie wyścigu, filmować peleton od wnętrza. Żartuję oczywiście, Tadej Pogacar całkowicie zdominował współczesne kolarstwo.

/ForumTrenera