Forum Trenera - To był prawdziwy wysiłek zespołowy

TOKYO 2020
Igrzyska olimpijskie za 428 dni
Igrzyska paraolimpijskie za 460 dni
PEKIN 2022
Igrzyska olimpijskie za 985 dni
Igrzyska paraolimpijskie za 1016 dni

PODSUMOWANIE SEZONU LETNIEGO

wstecz

To był prawdziwy wysiłek zespołowy

To był prawdziwy wysiłek zespołowy

Opieram się na pogłębionych relacjach z zawodnikami. Uważam, że trener powinien wskazać cel indywidualnej motywacji, sprawić, by jego realizacja dawała radość i satysfakcję. Dla mnie to klucz – mówi Mike Taylor, trener reprezentacji Polski w koszykówce mężczyzn.

Forum Trenera: Słyszał pan to pytanie dziesiątki, jeśli nie setki razy, ale czy spodziewał się pan tak dobrego wyniku reprezentacji na mistrzostwach świata? Polska reprezentacja wystąpiła po raz pierwszy od 52 lat i awansowała do ćwierćfinału.
Mike Taylor, trener kadry Polski w koszykówce mężczyzn: Naszym celem było wykorzystać nasz potencjał. Nie mówiłbym więc tutaj o wysokich oczekiwaniach wewnątrz drużyny, ale o wspólnym pragnieniu, byśmy byli tak dobrzy, jak tylko możemy. Staraliśmy się patrzeć na czekające nas wyzwanie z otwartą głową. Wiedzieliśmy, że z losowania trafiliśmy do wyrównanej, konkurencyjnej grupy. Wcześniej wyszliśmy z europejskich kwalifikacji, co dało nam przekonanie, że możemy walczyć z każdym, jeśli tylko skoncentrujemy się maksymalnie na całym meczu, jeśli tylko skupimy się na sobie, na własnych założeniach. Szalenie istotne było też trafić z odpowiednią formą na czas mistrzostw. To nam się udało.

Przed mistrzostwami Europy w 2017 roku to się nie powiodło. Graliście dobrze przed turniejem, ale potem zabrakło formy. Czy wyciągnął pan właściwe wnioski?
M.T.: Na turnieju kontrolnym w Hamburgu przed ME 2017 pokonaliśmy Rosję, Niemcy, graliśmy bardzo dobrze przeciwko Serbii. Czuliśmy się dobrze przygotowani. Ale z perspektywy czasu wiem, że ten szczyt formy przyszedł zbyt wcześnie i w Finlandii, podczas ME, zawiedliśmy. Ale EuroBasket 2017 wiele nas nauczył.

Dlatego teraz kontrolowaliśmy proces dochodzenia do formy. Planowaliśmy wszystko tak, by jak najwyższy poziom gry osiągnąć w Chinach, żeby drużyna była gotowa na mecze, które liczą się naprawdę. Tym razem sparingi posłużyły nam do dodatkowych zajęć taktycznych, sprawdzenia zawodników rezerwowych, od których oczekiwaliśmy wsparcia podczas mistrzostw. Mieliśmy w kadrze 18-letniego Olka Balcerowskiego, jak się potem okazało, najmłodszego zawodnika na mistrzostwach świata. Był czas, że w sparingach graliśmy dla niego, żeby zdobywał doświadczenie. Moje decyzje w trakcie tych spotkań nie polegały na tym, żeby wygrać konkretny mecz. Ale gdyby to były spotkania o punkty, prowadziłbym je inaczej. Przygotowania były dla nas przygotowaniami w ścisłym sensie tego słowa.

Co było dla was – debiutantów na światowej scenie – największym wyzwaniem w tym turnieju: na boisku lub poza nim? Do czego musiał pan dostosować swoich zawodników, żeby grali dobrą koszykówkę?
M.T.: Sporo wiedzieliśmy o Chinach, ale niewielu z nas zdawało sobie sprawę z dystansów pokonywanych w tym kraju. Byliśmy w sześciu miastach, w różnych regionach; w dużych i małych ośrodkach. Aspekt podróży był ważnym czynnikiem, z którym musieliśmy sobie poradzić. Jeśli chodzi o koszykówkę, ważną rzeczą dla nas była koncentracja na naszej grze. Skupienie się na tym, co my możemy zrobić jak najlepiej. Takie mentalne odcięcie się od ocen, przewidywań, oczekiwań. Jesteśmy nowi, nikt specjalnie na nas nie stawia, ale to nieważne – zagrajmy tak, jak to sobie założyliśmy. Wyzwaniem było także przygotowanie się do gry z rywalami z poszczególnych kontynentów. Każdy przecież prezentuje trochę inny styl, zawodnicy grają w różnych ligach.

Biorąc pod uwagę przebieg turnieju i to, jak drużyna rosła podczas mistrzostw świata – który mecz był najważniejszy? Otwarcie z Wenezuelą, wyrwane w końcówce spotkanie z chińskimi gospodarzami, bitwa o ćwierćfinał z Rosją?
M.T.: Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo to był dla nas proces. Szliśmy krok po kroku. Jadąc na nasze pierwsze mistrzostwa świata, byliśmy otwarci na wszystko, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Mieliśmy grać najlepiej jak potrafimy, od początku, więc ważny był pierwszy mecz z Wenezuelą. Jego przebieg nas umocnił, bo rywal zaczął od serii rzutów za trzy, zbudował prowadzenie, ale potrafiliśmy je odzyskać i wygrać. Po tym meczu zespół nabrał wiary we własne możliwości. Moim ulubionym meczem jest ten z Chinami ze względu na wszystkie przeciwności, którym zespół musiał stawić czoło. Zawodnicy odpowiedzieli na nie, podjęli wyzwanie. Ostatecznie wygraliśmy. Wiele w tym meczu się wydarzyło, a zawodnicy znaleźli drogę do zwycięstwa. Tak więc pierwszy mecz z Wenezuelą dał drużynie wiarę, ale to pamiętna wielka, wielka wygrana z Chinami po dogrywce była wyjątkowa, ona najmocniej podziałała na zespół. W meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej dobrze wszystkiego przypilnowaliśmy. Rosji, też potrafiliśmy odpowiedzieć w końcówce i dopilnowaliśmy swojej szansy. Te cztery mecze były dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym i ustawiły nas w znakomitej sytuacji. Ale myślę też, że po meczu z Rosją dotarliśmy do swoich granic, poczuliśmy nas sobą sufit.

Czy z dzisiejszej perspektywy, wiedząc, jak potoczyły się spotkania z każdym z kolejnych rywali, zmieniłby pan coś w przygotowaniach do kolejnych meczów? Może trzeba było inaczej zmotywować drużynę, zastosować inną taktykę przed spotkaniami z Argentyną czy Hiszpanią? A może to już był ten sufit i nie można było zrobić nic więcej, by wygrać z takimi firmami?
M.T.: Robiliśmy, co mogliśmy. W meczu z Argentyną fizycznie zderzyliśmy się ze ścianą. Mieliśmy problemy z egzekucją w ataku, byliśmy po prostu zmęczeni, także emocjonalnie. A Argentynie trzeba oddać wielki szacunek – byli świetnie przygotowani, grali znakomicie w ataku. Mówimy o zespole, który awansował do finału. Z pewnością mogliśmy walczyć w tym meczu z nieco większą zaciętością, ale cóż – takie mecze, w którym brakuje ci sił, zdarzają się w turnieju. Gra się wiele spotkań, dużo podróżuje, wokół dzieje się tyle rzeczy.

Przeciwko Hiszpanii chłopcy byli naprawdę zmotywowani, włożyliśmy w ten mecz wiele wysiłku. W meczach z takim rywalem nie dopilnujesz wszystkiego, musisz przyjąć pewne założenia – skupić się na jednym atucie rywala, ale odpuścić inny. My uznaliśmy, że odpuścimy Ricky’ego Rubio na dystansie, że jeśli chce, to niech rzuca. A on trafiał, szczególnie te rzuty w najważniejszych momentach.

W koszykarskim języku mówi się „pick your poison”, czyli „wybierz swoją truciznę”. Rywal może otruć cię na różne sposoby, ty ryzykujesz. Pozwalanie Rubio na rzuty było tym ryzykiem.
M.T.: Dokładnie tak. Wiedzieliśmy, że Ricky’emu zdarza się rzucać nierówno, ale z drugiej strony – to przecież gracz NBA, który rzuca w tej lidze po kilkanaście punktów. To gwiazda europejskiej koszykówki. Zaryzykowaliśmy, włożyliśmy w ten mecz wiele sił, ale trochę nam zabrakło.
Mecz z Czechami też był dobry. Różnicę zrobił Tomas Satoransky, czeska gwiazda z NBA. Jego gra sprawiała, że partnerzy stawali się lepszymi koszykarzami. Mieliśmy dobrą trzecią kwartę, objęliśmy prowadzenie. W kluczowych momentach to rywale znaleźli dla siebie lepsze pozycje do rzutu, to rywale zdobywali punkty w najważniejszych momentach. Tak wygląda koszykówka, szczególnie w takim turnieju.

Ostatni mecz z USA był dla pana wyjątkowy z wielu względów. Emocjonalnie, na poziomie sportowym, ale także z powodów prywatnych. Jest pan Amerykaninem, ojciec był trenerem. Co pan może powiedzieć o tych różnych aspektach?
M.T.: Zawsze marzyłem, żeby prowadzić zespół przeciwko reprezentacji USA. Historia sięga 2015 roku, gdy odwiedziłem „Coacha K”, czyli Mike’a Krzyzewskiego, na uniwersytecie Duke’a. Miałem na sobie bluzę reprezentacji Polski. Powiedziałem mu wtedy, że marzę, by poprowadzić moją drużynę w meczu ze Stanami Zjednoczonymi. On zaśmiał się i powiedział: „Musicie więc grać bardzo dobrze”.

Przed losowaniem grup MŚ była możliwość, że trafimy na amerykański zespół w pierwszej fazie. Znaleźliśmy się jednak w różnych grupach. Ucieszyliśmy się z tego losowania i już nie spodziewaliśmy się, że przyjdzie nam zagrać w Chinach z USA, bo każdy oczekiwał, że Amerykanie znajdą się w finale. Gdy wyszliśmy z grupy, przyszła myśl, że może przyjdzie nam się zmierzyć z którąś z drużyn ze światowego topu. Potem stało się to realne i w walce o miejsca 5.–8. mieliśmy nadzieję, że pokonamy Czechów i zagramy z Amerykanami o 5. miejsce. Nasza i ich porażka postawiły nas przeciwko sobie w meczu
o 7. lokatę.

Dla nas było to jak perfekcyjne, idealne zakończenie wspaniałej przygody na mistrzostwach świata. Dla mnie, trenera pracującego z europejskimi reprezentacjami od blisko 10 lat, zawsze olbrzymie znaczenie miał moment odgrywania hymnu narodowego przed meczem. Stoisz w świetle reflektorów, oddajesz szacunek krajowi, zawodnicy grają dla niego. Wiele razy słyszałem hymn polski, wcześniej czeski (Mike Taylor pracował przez cztery lata z reprezentacją Czech – przyp. M.C.), a także wiele hymnów krajów, z którymi się spotykaliśmy, ale nigdy nie wierzyłem, że znajdę się w sytuacji, gdy usłyszę przy takiej okazji „The Star-Spangled Banner”, hymn Stanów Zjednoczonych. To był dla mnie osobiście wspaniały, niezapomniany moment. Dziękuję za to Bogu.

A potem przyszedł mecz, też niesamowity. Prowadzisz drużynę przeciwko Greggowi Popovichowi, człowiekowi pierwszej klasy wśród wszystkich trenerów. Czujesz, że to wyjątkowy moment dla całego kraju, dla całej Polski. Bardzo szanuję waszych zawodników, trenerów, kibiców. Wszyscy kochają koszykówkę, zawodnicy rozwijają swoje kariery w Polsce, niektórzy w Europie. Ale generalnie – poza głównym nurtem światowej koszykówki. Dlatego dla naszego zespołu – będącego razem przez te kilka lat, cały czas ciężko pracującego – dostać się do takiego meczu, na głównej scenie, gdy cały koszykarski świat ogląda reprezentację USA, to była szczególna sytuacja.

Przed meczem powiedzieliśmy sobie – idziemy pokazać swoją najlepszą grę, kilka efektownych zagrań, idziemy powalczyć. I tak się stało, jestem dumny z tego, jak chłopcy to pokazali.

O marzeniu, by być trenerem koszykówki, napisał pan już w szkolnym wypracowaniu. Co było interesującego w tym zawodzie dla nastolatka?
M.T.: Przede wszystkim był to wpływ mojego ojca, który też był trenerem. Koszykówki, ale nie tylko. Ja lubiłem sport, rywalizację, grałem w futbol, koszykówkę, baseball. Mój ojciec prowadził naszą drużynę baseballową. Gdy grałem na pozycji quarterbacka w szkolnej drużynie futbolu amerykańskiego, zawiesił mi przy domu oponę, żebym mógł rzucać do celu. Zawsze nas wspierał, dodawał motywacji. Ojciec był dobrym przykładem miłości do sportu i stałego zaangażowania. Ja też lubiłem w tym uczestniczyć, podzielałem tę pasję. Stąd wywodzi się moja obecna pozycja. Uprawiałem sport tak długo, jak mogłem, potem postanowiłem poświęcić czas trenowaniu innych. I później to stało się moją pasją.

Może pan wymienić jedną radę, jaką dał panu ojciec albo jakie wniski pan wyciągnął, obserwując jego pracę? Jakieś motto?
M.T.: Tata dał mi wiele porad. Trudno wskazać jedną. Ale obserwując jego pracę, widziałem, że chodzi w niej o coś więcej niż tylko koszykówkę. Nieważne, czy jechał na mecz z drużyną, czy na obserwacje przeciwnika z innymi trenerami – nawiązywał relacje, prowadził rozmowy w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni z tego, że są w tym miejscu, w tym towarzystwie. Miły obiad, wspólne zwiedzanie nowego miasta, szczera rozmowa – koszykówka to część życia i nie może się ograniczać tylko do sportu, tylko do tego, co w hali. Ciesz się tym, co robisz, miej pozytywne nastawienie. Takie podejście zaobserwowałem u taty, myślę, że jestem właśnie takim trenerem.

Zaczął pan pracę w Polsce na początku 2014 roku. Jak pan się zmienił w trakcie tych sześciu lat pracy z reprezentacją Polski?
M.T.: Zmieniłem się pod wieloma względami. Przyjeżdżałem do Polski, zaraz po pracy w D-League, z wielkimi nadziejami i marzeniami. Moim pierwszym celem było zbudowanie pozytywnej atmosfery, to jest podstawa do ciężkiej pracy. Potem tworzyliśmy trzon zespołu, nawiązywaliśmy głębsze relacje. Następnie doszła taktyka, którą ulepszałem właśnie dzięki nauce płynącej z prowadzenia reprezentacji Polski. Dopracowywanie detali, wybór graczy do koncepcji, zarządzanie zespołem, przyznawanie ról konkretnym koszykarzom – musiałem poznać polskie realia, by dopracować detale, wybrać zawodników pasujących do mojej koncepcji, wyznaczyć im konkretne role. Zawsze starałem się pozostać nastawiony pozytywnie wobec wszystkich przeciwności. Poradziłem sobie w sytuacjach kryzysowych, gdy presja była naprawdę duża. Rozwinąłem się i jako trener, i jako człowiek.

Jeśli mówimy o filarach zespołu, to postawił je pan bardzo szybko. Już w 2014 roku wskazał pan na Adama Waczyńskiego i Mateusza Ponitkę, graczy podobnych, jeśli chodzi o wiek, parametry fizyczne czy pozycję na boisku, ale równocześnie bardzo różnych pod względem charakteru czy stylu gry.
M.T.: Kluczowe było najważniejsze podobieństwo między nimi – poważnie traktują koszykówkę, poważnie traktują sport. Poświęcają się dla drużyny, dla Polski. W 2014 roku nadchodził ich czas. Gdy przyszedłem do drużyny, ze swoim pozytywnym przekazem, z – powiedzmy – amerykańskim stylem prowadzenia drużyny, szybko się z nimi porozumiałem. Moim zdaniem głównym zadaniem trenerów jest przekazać zawodnikom swoje zaufanie do nich i pozyskać ich zaufanie do siebie. Ja tak zrobiłem, oni się odwzajemnili, myślę, że wszyscy na tym skorzystaliśmy.

Adam i Mateusz praktycznie w tym samym czasie ruszyli podbijać Europę. Mateusz trafił do Belgii, potem z powrotem do Polski, następnie były Turcja, Hiszpania, Rosja. To samo Adam, który z Trefla Sopot przez Santiago de Compostela doszedł do silnej Unicaji Malaga. Obaj wyrobili sobie pozycje w Europie. Okazało się to dla nich perfekcyjną kombinacją z drużyną narodową. Rozwinęli swoje kariery.

Ważna rzecz dotycząca tych dwóch graczy – świetnie się uzupełniają. W Adamie mamy wielkiego strzelca i naprawdę inteligentnego gracza. On może robić wiele różnych rzeczy. Zaskakująco dobrze gra tyłem do kosza, na wysokim poziomie stał się lepszym obrońcą i zbierającym – rozwija się w każdym aspekcie gry.

Mateusz wywiera wielki wpływ na zespół, na przebieg meczu, na wiele innych sposobów. Wchodząc pod kosz, dobijając piłkę z góry, ścinając pod obręcz po linii końcowej. Do tego coraz lepiej rzuca z dystansu, poprawia też rozgrywanie. W osobach Adama i Mateusza mamy znakomitych skrzydłowych. I można powiedzieć, że inni utalentowani polscy gracze na tych pozycjach mają pecha – bo pozycje Waczyńskiego i Ponitki są bardzo mocne.

Pytanie o koszykarską filozofię. Przy budowaniu taktyki, przy określaniu tożsamości zespołu zaczyna pan od obrony czy od ataku? Co jest w nowoczesnej koszykówce ważniejsze?
M.T.: Wiadomo, że każdy zespół chce grać dobrze po obu stronach boiska, a każdy trener właśnie w ten sposób buduje system gry. Ja w ostatnich latach rozwinąłem się w strefie obrony. Gdy wcześniej pracowałem w Niemczech, w Bundeslidze, byłem znany jako bardzo kreatywny trener ofensywny z dobrymi relacjami z zawodnikami. Zacząłem jednak pracować nad defensywą, wiele się nauczyłem, pracując w D-League, będąc w filialnej drużynie Boston Celtics. Mogłem podpatrywać Doca Riversa, znanego specjalistę od obrony. Potem, już w reprezentacji, spędziłem wiele czasu z członkami sztabu nad wypracowaniem systemu defensywnego.

Generalnie atak w koszykówce polega na wykorzystaniu talentu graczy. Natomiast w obronie więcej zależy do trenera, od przyjętych założeń, od pracy zespołowej. Niektórzy mawiają, że bycie trenerem polega na ciągłym nakłanianiu zawodników do obrony. Wydaje mi się, że reprezentacja Polski potrafi tę chęć gry w defensywie pokazać na boisku. Jesteśmy solidną grupą, takimi robotnikami, którzy nie boją się ciężkiej pracy.

Jednym z najważniejszych zadań trenera jest zarządzanie zawodnikami. Ma pan w zespole różnych graczy – spokojnego A.J. Slaughtera, wojownika Ponitkę, kapitana Waczyńskiego, weterana Łukasza Koszarka, twardego Adama „Bestię” Hrycaniuka… To różne charaktery, to gracze o różnych rolach w drużynie. Co jest najważniejsze w takim zarządzaniu – także ludźmi, nie tylko zawodnikami?
M.T.: Przede wszystkim – musisz ich poznać. Musisz wiedzieć, jak każdy z zawodników reaguje w różnych okolicznościach. Musisz mieć zdolność dobrej komunikacji, by zbudować właściwe relacje. Uwzględniać charakter ludzi, potrafić łączyć poszczególne osoby. Musisz też potrafić „czytać” zespół, czyli wiedzieć, co w danym momencie jest najważniejsze dla całej grupy ludzi. Ale znów – z uwzględnieniem każdego pojedynczego gracza. Wiadomo – w identycznej sytuacji – jeden potrzebuje mocnego pobudzenia krzykiem, nawet krytycznym, a inny woli, by zbudować go pochwałą.

Ale klucz jest prosty i w tej rozmowie już o tym mówiliśmy – poznaj swoich graczy, zbuduj dobre relacje, takie pozasportowe. Wówczas, w krytycznym momencie, łatwiej wyczuć, jaka reakcja, jakie zachowanie będzie odpowiednie. Czasem trzeba wprowadzić dyscyplinę, czasem odwrotnie – trzeba wszystko poluzować, by zmniejszyć ciśnienie.

Są różne szkoły trenerskie. W Polsce dobrze znamy szkołę bałkańską – pracowało u nas wielu trenerów z Chorwacji, Serbii czy Słowenii. U wielu z nich podejście do drużyny przypomina wojskowy dryl.
M.T.: Najważniejsze w prowadzeniu zespołu jest to, żeby trener był tym, kim jest. Żeby był sobą. Jeśli mówimy o przywództwie, o kontrolowaniu grupy, to tak – wielu trenerów chce kontrolować drużynę, chce dowodzić zespołem. Czują się, jakby byli zobowiązani do nadzwyczajnego wywierania presji.

Przychodzę z innej szkoły. Takiej, gdzie wzajemne relacje, komunikacja, porozumienie działają na osiągnięcie wewnętrznej motywacji graczy. Żeby zawodnicy naprawdę chcieli być lepsi. Motywacja może być wewnętrzna lub zewnętrzna. Dla wielu ważniejsza jest ta pierwsza, gdy człowiek sam z siebie chce coś zrobić dla siebie. Ale niełatwo jest taką motywację osiągnąć. Często się zdarza, że trenerzy nie są zadowoleni z kontaktu z zawodnikami, kontrolowaniu i czytaniu zespołu. Wtedy zdarza się, że sięgają po „wojskowe” metody.

Opieram się na pogłębionych relacjach z zawodnikami. Uważam, że trener powinien wskazać cel indywidualnej motywacji, sprawić, by jego realizacja dawała radość i satysfakcję. Dla mnie to klucz. Ale nie będę tego zalecał każdemu. Każdy trener ma swoją drogę i bardzo ważne jest, by być prawdziwym, by nie udawać kogoś innego.

Pana motywacyjne przemowy przed kolejnymi meczami mistrzostw świata w Chinach podbiły Internet. Dla kibiców piłki nożnej i innych sportów stał się pan kimś wyjątkowym. Skąd czerpie pan inspirację do takich przemów?
M.T.: Jako trener ciężko pracujesz, by przygotować zespół, by zbudować go w oparciu o system taktyczny, który wprowadzasz. Ale praca trenera to także emocjonalne przygotowanie do meczu. W tych ostatnich minutach nie da się już wiele poprawić, zmienić. Taktyka jest omówiona, przeciwnik rozpracowany. Ja zwykłem ostatnie minuty w szatni wykorzystywać do mobilizacji zawodników. Próbuję znaleźć słowa, by dotrzeć do chłopców, żeby emocjonalnie, mentalnie byli gotowi do gry.

Przed tym wspomnianym meczem z Chinami najważniejszą rzeczą dla mnie było znaleźć sposób, by pomóc zawodnikom uwierzyć, że są w stanie wygrać mecz, stawiając czoło nowy przeciwnościom, które nadchodzą. Cieszę się, że kibicom się to podobało, że zapamiętali moje słowa.

Ale tu chodziło o coś więcej. Podstawą były właśnie te budowane przez lata relacje, o których już mówiliśmy. Wspólna praca, wspólne wzloty i upadki, więzi i zaufanie z zawodnikami, które stworzyliśmy, sprawiły, że te słowa nie tylko zostały wypowiedziane – one przede wszystkim trafiły do zawodników.
Widziałem takie przemowy, takie emocjonalne pobudzanie u wielu trenerów, także swoich. Grałem w futbol, uprawiałem inne dyscypliny i zapamiętałem, że właśnie tak postępowali szkoleniowcy, właśnie tak szukali drogi do głów zawodników. To bardzo ważna rzecz w prowadzeniu drużyny.

Mike Taylor i Witold Zagórski. Trenerzy z najdłuższymi kadencjami w roli koszykarskich selekcjonerów, trenerzy, którzy osiągali świetne wyniki na mistrzostwach świata. Jak pan komentuje te historyczne porównania?
M.T.: To dla mnie zaszczyt. Miałem okazję spotkać się z Witoldem Zagórskim w Wiedniu w 2014 roku. Był wspaniałym człowiekiem. Mam olbrzymi szacunek dla jego osiągnięć. Lata 60. były złotą erą polskiej koszykówki, a to była jego zasługa. Gdy zaczynałem pracę w Polsce, też chciałem zrobić coś wyjątkowego, osiągnąć z reprezentacją coś wielkiego, odcisnąć swoje piętno.
Jestem zaszczycony, że po naszym występie w mistrzostwach świata porównuje się nas do tamtej drużyny, tamtych osobowości. Wytrwałość, twardość, wiele ciężkiej pracy sprawiły, że mieliśmy tak udany turniej. To był prawdziwy zespołowy wysiłek.


Marek Cegliński