Forum Trenera - W sporcie trzeba być elastycznym

TOKYO 2020
Igrzyska olimpijskie za 428 dni
Igrzyska paraolimpijskie za 460 dni
PEKIN 2022
Igrzyska olimpijskie za 985 dni
Igrzyska paraolimpijskie za 1016 dni

PODSUMOWANIE SEZONU LETNIEGO

wstecz

W sporcie trzeba być elastycznym

W sporcie trzeba być elastycznym

Nasi reprezentanci wrócili do kraju z czterema krążkami. W Linzu polskie osady wywalczyły łącznie sześć kwalifikacji olimpijskich. To bardzo dobry wynik. Możemy spokojnie przygotowywać się do igrzysk – mówi „Forum Trenera” Bogusław Gryczuk, dyrektor sportowy w Polskim Związku Towarzystw Wioślarskich.

Forum Trenera: Jak pan ocenia główną imprezę sezonu, mistrzostwa świata rozegrane na torze w Linzu-Ottensheim, które były jednocześnie kwalifikacjami na igrzyska olimpijskie w Tokio?
Bogusław Gryczuk, dyrektor sportowy PZTW: Mistrzostwa pokazały, że mamy reprezentację na wysokim poziomie. Wszystkie sześć załóg, które weszły do finałów, mogły zdobyć medal. Nigdy jednak nie udaje się wykorzystać wszystkich medalowych szans. Nasi reprezentanci wrócili do kraju z czterema krążkami: złotym – męskiej czwórki bez sternika, srebrnymi – kobiecej i męskiej czwórki podwójnej oraz brązowym – męskiej dwójki podwójnej. W Linzu polskie osady wywalczyły łącznie sześć kwalifikacji olimpijskich. To bardzo dobry wynik. Możemy spokojnie przygotowywać się do igrzysk.

Patrząc historycznie, można powiedzieć, że polscy wioślarze są nadal na fali.
B.G.: Mieliśmy już takie mistrzostwa, w których zdobyliśmy cztery medale – w 2009 roku w Poznaniu. Wówczas były nawet dwa złota. Ale zasadnicza różnica polega na tym, że były to mistrzostwa w roku poolimpijskim, a tegoroczne odbywały się na rok przed igrzyskami w Tokio. Nie deprecjonując zawodów sprzed 10 lat, to jednak mistrzostwa rok przed igrzyskami mają ogromną wagę sportową i co za tym idzie – prestiż. Cały świat walczy wtedy o kwalifikacje olimpijskie.

Paradoksalnie Polacy wypadli lepiej podczas trudniejszych tegorocznych mistrzostw niż przed rokiem w Płowdiwie, gdzie wywalczyli jeden medal. Jak to wytłumaczyć?
B.G.: W zeszłym roku nasze osady wystartowały w mistrzostwach Europy w Glasgow, rozegranych o nietypowej dla nas porze, czyli na początku sierpnia. Nosiliśmy się nawet z zamiarem, żeby nie pływać w Szkocji, ale ostatecznie zapadła decyzja, żeby startować. Na miejscu w naszej ekipie zdarzył się jeszcze przypadek zatrucia pokarmowego. Te wszystkie czynniki naruszyły nasz tradycyjny system przygotowań. W tym roku działaliśmy tak jak zwykle i rezultat tego był bardzo dobry.

Na czym polega polski system przygotowań do najważniejszych wioślarskich imprez w sezonie?
B.G.: To jest dokładnie opracowany plan, o którym wiedzą na świecie, bo na jednej z konferencji międzynarodowych przedstawiał go trener Aleksander Wojciechowski. Wciąż jednak nasi koledzy z zagranicy dopytują o to, co my robimy, że nam to wychodzi. Nie ma żadnych tajemnic. W światowym kalendarzu najpierw jest Puchar Świata i mistrzostwa Europy, cztery zawody, które odbywają się co trzy tygodnie. Czas między tymi zawodami nasi trenerzy zawsze wykorzystują na to, by dokonać poprawy elementów technicznych albo niektórych programów przygotowań. Po ostatnim Pucharze Świata, który kończy się na osiem tygodni przed najważniejszą imprezą sezonu, zawodnicy jadą w góry. Nie wiosłują na wodzie, mają do dyspozycji ergometry. Chcemy im wtedy dać chwilę oddechu, bo widzimy, że po trzecim Pucharze Świata są wykończeni. Z gór schodzą na okres BPS-u i przyjeżdżają do Wałcza. To są wtedy inni ludzie, ze świeżymi siłami, zmotywowani, głodni startów.

Wróćmy do MŚ w Linzu. Spodziewał się pan złotego medalu czwórki bez sternika?
B.G.: Złotego medalu na pewno nie, ale medalu tak. Przypomnę historię tej załogi, bo jest niezwykle ciekawa. Wiele lat mieliśmy dobrą, bardzo solidną ósemkę, ale kiedy w ubiegłym roku na mistrzostwach Europy w Glasgow zajęła ostatnie miejsce w biegu eliminacyjnym, zaproponowałem, żeby nie kontynuować pracy z tą osadą. Od pewnego czasu działo się w niej bardzo źle, pojawiały się różne sprzeczne interesy – ten chciał pływać w dwójce, ten w czwórce, brakowało porozumienia. Żałowaliśmy tego, bo w 2014 roku nasza ósemka zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata seniorów w Amsterdamie. Był to pierwszy medal w tej prestiżowej konkurencji w historii polskiego wioślarstwa. Później prowadzili ją różni trenerzy, także z zagranicy, drużyna wywalczyła jeszcze piąte miejsce na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Ale potem było gorzej. Po Glasgow z ósemki zrobiliśmy czwórkę, która pojechała na mistrzostwa świata do Płowdiwu. I ta osada szybko się sprawdziła. Na mistrzostwach świata w biegu półfinałowym byli na drugim miejscu jeszcze 200 m przed metą. Nie wytrzymali, ale wygrali finał B.

W jesienią ubiegłego roku ze startów zrezygnował jeden z zawodników. Ze względu na sytuację rodzinną – brakowało mu pieniędzy. Wzięliśmy kolejnego wioślarza z dawnej ósemki. Od początku sezonu czwórka bez sternika kończyła regaty w czołówce najważniejszych zawodów. Stojąc na starcie finału mistrzostw świata, powiedziałem do kolegi: „Niech walczą o srebro, bo z Australijczykami nie mają szans”. Okazało się jednak, co dla mnie jest niepojęte, że dwukrotni mistrzowie świata, Australijczycy, którzy wygrali wszystkie biegi i płynęli na uprzywilejowanym torze (ze względu na warunki pogodowe doszło do alokacji torów), przypłynęli na końcu, a nasza osada – stworzona niecały rok temu – była pierwsza. Przykład tej czwórki pokazuje, że w sporcie trzeba być bardzo elastycznym.

Jakie są pana przewidywania? Czy czwórkę bez sternika stać na medal olimpijski?
B.G.: Zawodnicy są zaawansowani wiekowo. Ze wszystkich czwórek nasza jest najstarsza, a 37-letni Mikołaj Burda to najstarszy zawodnik w tej konkurencji. Oni nigdy nie mieli medalu na igrzyskach olimpijskich, choć zdobywali medale mistrzostw świata i Europy. Bardzo pomaga im doświadczenie z ósemki, bo mają szybkość. Jak się płynie w ósemce, to trzeba się uwijać, i gdy przeskakuje się do wolniejszej łódki, to ta szybkość się ogromnie przydaje. Tak się dziś zastanawiam, czy nie trzeba było tej operacji – stworzenia czwórki z ósemki – przeprowadzić wcześniej.

Jak potraktować występ kobiecej czwórki podwójnej? W ubiegłym roku panie wygrały mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata. W tym roku nie było nawet medalu na mistrzostwach Europy, a w Linzu popłynęły po srebro.
B.G.: W tegorocznym Pucharze Świata najpierw w Poznaniu przegrały z Chinkami, a w Rotterdamie – z Niemkami. W Lucernie na mistrzostwach Europy nie było medalu. To był ogromny zawód. Zimny prysznic. Uważam, że te wyniki były efektem rozproszenia się, braku skupienia, również tego, że w sporcie nie wolno zapominać o tym, że przeciwnik nie zasypia, że chce nas za wszelką cenę pokonać. Dobrze się stało, że dzwonek alarmowy zabrzmiał na rok przed igrzyskami. Trzeba jednak docenić też srebro mistrzostw świata. Od czasu igrzysk w Rio de Janeiro czwórka podwójna kobiet zawsze przywozi medale z mistrzostw świata. A po Rio doszło do wymiany dwóch zawodniczek, zmienił się trener i nadal jest to załoga na najwyższym światowym poziomie. Tym bardziej trzeba docenić te wyniki, ale być czujnym, bo bardzo mocne są Chinki, naciskają nas Holenderki, a Niemki w każdej chwili mogą się przebudzić.

Dwa pozostałe medale zdobyły męskie osady – dwójki i czwórki podwójnej. Szczególnie ciekawy wydaje się progres tej drugiej załogi.
B.G.: Zacznę od dwójki – Mateusz Biskup, Mirosław Ziętarski. Potraktowali finał bardzo ambitnie, za ambitnie. Rzucili się do walki z Chińczykami, którzy chyba byli na tych mistrzostwach poza zasięgiem wszystkich. Przez to stracili tyle sił, że oddali jeszcze drugie miejsce Irlandczykom. Ale jest medal, utrzymali się na podium. Nie wiem, skąd wzięli się ci Chińczycy. Nie mieli przedtem dobrych rezultatów, a na mistrzostwach byli nie do pobicia.

Czwórkę podwójną prowadzi znakomity szkoleniowiec Aleksander Wojciechowski. On zapewnia naszej kadrze stabilność i wyniki. Od igrzysk w Sydney mamy osadę w tej konkurencji na igrzyskach, będziemy mieli i w Tokio. W Linzu przegrali tylko z Holendrami, bardzo mocnymi, którzy wygrali w tym sezonie wszystkie swoje starty. W tej konkurencji jest bardzo wyrównany poziom i miejsce w finale olimpijskim też będzie sukcesem.

Wioślarze mają sześć kwalifikacji olimpijskich, ci, którzy się nie zakwalifikowali, o przepustki na igrzyska powalczą w przyszłym roku. Każdy trener boi się jak ognia przyszłorocznych kwalifikacji. Dlaczego?
B.G.: W wioślarstwie dodatkowe kwalifikacje są bardzo wąskie, a konkurencja mocna. Odbywają się na dziewięć tygodni przed igrzyskami na torze w Lucernie. Tor jest bardzo dobry, uważam go za najbardziej sprawiedliwy tor wioślarski na świecie, na którym wyników nie wypaczają boczne wiatry, ale największym problemem są przygotowania. Z punktu widzenia szkoleniowego bardzo trudno jest zagwarantować dwa szczyty formy w tak krótkim czasie. Ktoś powie, że dokonała tego nasza wspaniała dwójka Robert Sycz/Tomasz Kucharski przed igrzyskami w Sydney w 2000 roku, ale oni zrobili to, startując z wyjątkowej pozycji – byli już dwukrotnymi mistrzami świata. Rok przed igrzyskami nie popłynęli w mistrzostwach, bo mieli kłopoty z wagą i dlatego musieli dodatkowo walczyć o igrzyska. Do Lucerny w 2000 roku pojechali po ciężkich treningach, zakwalifikowali się, ale rzutem na taśmę. To była wyjątkowa dwójka, dwukrotni złoci medaliści olimpijscy. Dziś kwalifikanci z roku olimpijskiego na ogół są statystami.

Na ile kwalifikacji liczy PZTW?
B.G.: Są bardzo trudne. W 2008 roku, kiedy wyjątkowo kwalifikacje odbywały się w Poznaniu, też mieliśmy zagwarantowanych sześć miejsc na igrzyskach, a o kolejnych sześć miejsc walczyliśmy. Nie wywalczyliśmy żadnego. Staram się patrzeć realnie. Wielkie szanse ma skifista Natan Węgrzycki-Szymczyk, który w Linzu był czwarty w finale B. Musi jednak zmienić system treningu, całkowicie poświęcić się przygotowaniom do startu w Lucernie. W kwalifikacjach liczyć się może również dwójka podwójna kobiet. Wystawimy pięć osad, ale tylko w tym wypadku, jeśli wszyscy skupią się na realizacji celu, jakim jest awans na igrzyska. W innym szkoda pieniędzy na przygotowania.

Czy związek ostatecznie zrezygnował z budowy męskiej ósemki? To bardzo prestiżowa osada.
B.G.: Ciężko jest zebrać aż tylu zawodników „długowiosłowych”. Bardzo trudno jest też wywalczyć kwalifikację. Wiele krajów z ogromnymi wioślarskimi tradycjami oraz wielkim potencjałem ludzkim rezygnuje z tej konkurencji. Trudno się jest w niej przebić i jest kosztowna. Łódka kosztuje około 300 tys. zł. Przygotowania trzeba zapewnić 12 zawodnikom, bo należy zagwarantować rezerwę na wypadek zdarzeń losowych i kontuzji. A przygotowania trzeba organizować za granicą, tam gdzie jest ciepło w lutym i marcu. Wolimy więc te pieniądze wydać na kadrę olimpijską i szkolenie młodzieży.

Czym by pan wytłumaczył sukcesy polskich wioślarzy? Mówiliśmy już o pewnym systemie przygotowań, ale czy to wyjaśnia medale zdobywane medale na kolejnych igrzyskach, mistrzostwach świata i Europy?
B.G.: Mamy cierpliwość, nie wykonujemy gwałtownych ruchów. Dajemy szansę naszym trenerom nawet wówczas, gdy ponoszą porażki. Ufamy im, wierzymy w ich umiejętności. Dochowaliśmy się doświadczonych szkoleniowców, którzy odnoszą sukcesy z kolejnymi pokoleniami wioślarzy. Aleksander Wojciechowski, który wcześniej doprowadził naszą czwórkę podwójną „terminatorów” do złotego medalu igrzysk w Pekinie i czterech mistrzostw świata, teraz prowadzi zawodników, którzy popłynęli srebro na mistrzostwach świata w Linzu. Wojciech Jankowski, trener naszych mistrzów świata z Linzu w czwórce bez sternika, pracuje w związku od ponad 20 lat, zdobył z ósemką złoto MŚ juniorów w 1999 roku. Doświadczeni szkoleniowcy uczą młodszych. Marcin Witkowski, pracujący wcześniej z kadrą kobiet, dziś trener w reprezentacji Niemiec, przez długie lata miał pod swoją opieką grupę młodych wioślarek i przeznaczonego im trenera. Dzięki temu systemowi u jego boku uczył się swojego fachu Jakub Urban, prowadzący dziś czwórkę podwójną. Wcześniej Urban zdobywał z tą osadą medale młodzieżowych mistrzostw świata, w tym dwa złote. Podkreślam, kadra szkoleniowa PZTW jest bardzo stabilna. To ważny czynnik naszych sukcesów.

Jakie pan ma oczekiwania medalowe na igrzyskach w Tokio?
B.G.: Każda z dotychczas zakwalifikowanych osad ma szansę medalową. Nie liczymy na 100 procent medali, bo to nigdy się nie zdarza. Teraz wszystko w rękach zawodników i trenerów.

Na ile start polskiej reprezentacji w Tokio może zakłócić pogoda?
B.G.: Warunki będą bardzo trudne – gorąco, duża wilgotność. Tor wioślarski znajduje się praktycznie na morzu, od którego dzieli go tylko tama. Będzie wiał morski wiatr. Na torze nie ma żadnej zieleni, to otwarta przestrzeń. Byłem w tym roku w Tokio dwukrotnie, na rekonesansie i na zawodach juniorów odbywających się w porze przyszłorocznych igrzysk. Widziałem, jak niektórych młodych zawodników odwożono do centrum medycznego. Nie wytrzymywali gorąca. Widziałem też, jak niektórzy po prostu „stawali” w połowie dystansu. Nie mieli sił. Przegrywali z upałem. Mowa tu jednak o juniorach, zawodnikach mniej wytrenowanych, nieprzygotowanych na takie warunki. Dlatego wszystko dokładnie zaplanowaliśmy. Do Tokio wylatujemy 9 lipca. Do 20 lipca będziemy przebywać w miejscowo ści Tome. To mała miejscowość, położona 360 km od Tokio w okręgu rolniczym. Będzie więc spokojnie. Chcieliśmy zapewnić zawodnikom spokój, bo na torze olimpijskim w tym czasie treningi nie mają sensu. Jest tłok, obok trenują rywale, co często deprymuje zawodników. W Tome będziemy mieć do dyspozycji tor ze wszelką potrzebną nam infrastrukturą. Wynegocjowaliśmy bardzo dobre ceny pobytu. Japończykom zależało na naszej obecności. 20 lipca, w poniedziałek będziemy już w wiosce olimpijskiej, a w piątek naszych zawodników czekają pierwsze regaty.

Dziś najważniejsze są igrzyska w Tokio, ale już teraz dużo mówi się o igrzyskach w Paryżu ze względu na wiele zmian, jakie planuje MKOl. Kilka z nich dotyczy wioślarstwa.
B.G.: Prawdopodobnie MKOl zrezygnuje z wagi lekkiej. Wprowadzona została przed igrzyskami w Atlancie, kiedy pojawiły się też kwalifikacje olimpijskie. Chodziło o to, by dać szansę głównie krajom azjatyckim, w których nie rodzą się tak silni i wysocy zawodnicy jak w Europie. Ja się z tym nie zgadzam, bo widzę potężnie zbudowanych Chińczyków, rywalizujących z nami jak równy z równym, ale ten problem dotyczył części krajów. Wprowadzenie wagi lekkiej nic nie zmieniło. Medale zdobywały kraje z wielkimi tradycjami wioślarskimi. Zmiana nie miała więc sensu, a zbijanie wagi rodzi wiele problemów zdrowotnych u zawodników. Bo jeśli mierzący 192 cm wioślarz waży 70 kg, może to spowodować perturbacje zdrowotne. Mamy przykład jednej zawodniczki, która na skutek utraty wagi straciła koordynację i znacznie pogorszyła technikę. Jest wiele takich przykładów za granicą. Władze olimpijskie kategorie wagowe chcą zachować jedynie dla sportów walki.

MKOl nieustannie pragnie ograniczać liczbę startujących wioślarzy. Było 550, teraz będzie 526. Jesteśmy nadal trzecią dyscypliną pod względem startujących, po lekkiej atletyce i pływaniu. Jest pomysł, bardzo bliski realizacji, żeby do programu igrzysk dołączyć wioślarstwo morskie, tzw. coastal rowing. Trwają dyskusje, na każdych zawodach FISA przedstawiany jest jakiś projekt wprowadzenia tej konkurencji do programu igrzysk. Może to będą jedynki, może miksty? Nie jesteśmy na to przygotowani. Konkurencja jest popularna we Francji, Włoszech czy innych krajach „morskich”. Od lat odbywają się w niej mistrzostwa świata. Łódki są zupełnie inne, inaczej się trenuje. Muszę przyznać, że coastal rowing jest bardzo widowiskowy. Dla federacji i MKOl wprowadzenie tej konkurencji jest korzystne również z tego powodu, że nie trzeba budować wioślarskiego toru. Sądzę, że na 95 procent w Paryżu będziemy mieć ten sport w programie.


Olgierd Kwiatkowski