Maciej Maciusiak: To nie jest przypadek
Igrzyska olimpijskie są zupełnie inną imprezą sportową. Twarze członków innych drużyn są nam znane, ale widzieliśmy, że w Predazzo wszyscy reagowali na siebie i wobec nas zupełnie inaczej. Aż trudno opisać tę emocjonalną zmianę. W powietrzu czuć było coś odmiennego – o wnioskach z XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan–Cortina d’Ampezzo 2026, przyszłości Kacpra Tomasiaka, współpracy ze Stefanem Horngacherem opowiada „FT” trener kadry narodowej Maciej Maciusiak.

„Forum Trenera”: Wyniki przed igrzyskami nie zachęcały do optymistycznych prognoz, Pan mimo wszystko podkreślał, że polscy skoczkowie przywiozą medal z Predazzo. Na jakiej podstawie?
Maciej Maciusiak, trener kadry narodowej mężczyzn w skokach narciarskich: Pamiętam, co się działo po mojej nominacji na stanowisko trenera na rok przed igrzyskami. Spotkaliśmy się z wielką krytyką nie tylko mediów, ale i środowiska. My mieliśmy jednak jasny plan, szczególnie na Bezpośrednie Przygotowanie Startowe (BBS) w sezonie zimowym. Wszystko postawiliśmy na jedną kartę, wiedzieliśmy wiele o naszych zawodnikach i planowaliśmy dokładnie, co chcemy z nimi zrobić. Przez cały sezon letni i zimowy ciężko pracowaliśmy, wykonująć wszystkie zadania szkoleniowe. Mimo, iż Pucharu Świata naszym zawodnikom nie wychodziły, cały czas istniały przesłanki, że na igrzyskach może być lepiej, bo progres był widoczny. Dobrze znaliśmy też nasze bolączki. Na przykład zdawaliśmy sobie sprawę, że odstawaliśmy od rywali sprzętowo. Ponieważ to był sezon olimpijski, nie chcieliśmy przeprowadzać żadnych eksperymentów. Cierpliwie czekaliśmy, wierząc w to, co sobie zaplanowaliśmy. Dziś rozpiera nas wielka duma. To nagroda dla wszystkich, całego środowiska. Wielu ludzi pracowało na ten sukces i to przez wiele lat. Kontynuujemy piękne tradycje polskich skoków narciarskich. Nasi zawodnicy od 2002 roku przywieźli 12 medali z igrzysk olimpijskich, a od 2010 roku zdobywają je regularnie. W Predazzo podtrzymaliśmy passę. Czuję też satysfakcję z tego powodu, że medale przywieźli dwaj zawodnicy, którzy nie byli w pewnym momencie oczywistym wyborem do kadry na igrzyska. Właściwie oceniliśmy ich potencjał. Można byłoby oczywiście powiedzieć, że to był czysty przypadek – i gdyby to był jeden krążek, to rzeczywiście tak by było. Ale trzy medale zamykają tego typu dyskusje.
Mógłby Pan wytłumaczyć na czym polegał BPS przed igrzyskami?
Obciążenia treningowe były podobne, jak przed każdą imprezą główną, i wolałbym nie wdawać się w szczegóły. Przeprowadziliśmy dwa dodatkowe zgrupowania w trakcie sezonu, jedno podczas styczniowych zawodów Pucharu Świata w Zakopanem. Do minimum ograniczyliśmy podróże zawodników startujących w igrzyskach. Każdy z późniejszych medalistów miał swoją własną ścieżkę. Kacper pojechał jeszcze do Sapporo, ale wycofaliśmy go z mistrzostw świata w lotach w Oberstdorfie i Pucharze Świata w Willingen. Paweł wiedział, że w Zakopanem będą to jego ostatnie zawody, i czuł, jak wielka odpowiedzialność spoczywa od tego momentu na jego barkach. To go zmobilizowało, bo w pierwszej serii był siódmy, ostatecznie skończył na 23. miejscu. Widać było, że głowa zaczęła inaczej pracować, wiara we własne możliwości wróciła. Skocznie w Predazzo mieliśmy dobrze rozpracowaną i wiedzieliśmy, że to szczęśliwe miejsce dla polskich skoczków. Na dawnym obiekcie medale zdobywali tam Adam Małysz i Kamil Stoch, ja również podczas mistrzostw świata juniorów w drużynie. Mogliśmy się spodziewać, że będziemy tam czuć się bardzo dobrze.
W Polsce jak przychodzi zima, to 20 milionów ludzi zna się najlepiej na skokach narciarskich i wie, kto jest najlepszy w kadrze. To ja jednak jestem trenerem kadry narodowej i to ja musiałem dokonać ostatecznego wyboru na podstawie kryteriów sportowych, mentalnych, własnego doświadczenia oraz konsultacji ze sztabem czy prezesem.
Czy decyzja o nominacjach olimpijskich była najtrudniejszą w Pana pracy szkoleniowej?
Na pewno trudna. Mogliśmy nominować tylko trzech zawodników. Nie udało się nam wywalczyć czwartej kwalifikacji. Im bliżej ogłoszenia decyzji, tym więcej pojawiało się spekulacji. Skład ogłaszali inni trenerzy, dziennikarze, kibice. W Polsce jak przychodzi zima, to 20 milionów ludzi zna się najlepiej na skokach narciarskich i wie, kto jest najlepszy w kadrze. To ja jednak jestem trenerem kadry narodowej i to ja musiałem dokonać ostatecznego wyboru na podstawie kryteriów sportowych, mentalnych, własnego doświadczenia oraz konsultacji ze sztabem czy prezesem – byłym medalistą olimpijskim Adamem Małyszem. W decydującym momencie byłem sam, odpowiedzialność spoczywała wyłącznie na moich barkach. Na pewno były to trudne chwile dla mnie, ale jeszcze cięższe dla zawodników, którzy walczą o igrzyska przez cztery lata, a potem dowiadują się od trenera, że na nie nie jadą. Rozmawiałem osobiście z siedmioma skoczkami i żaden z tych, którzy zostali wyłączeni z kadry na igrzyska, nie czuł żalu. Ustaliliśmy skład dużo wcześniej przed oficjalną informacją i nie ulegliśmy żadnej panice ani naciskom. Cała grupa, łącznie z zawodnikami, którzy wiedzieli, że nie pojadą do Predazzo, trzymała wszystko w tajemnicy. To już pokazało siłę naszego zespołu. Z mojej strony ryzyko polegało na powołaniu Pawła Wąska. Wiedziałem, że przed zawodami olimpijskimi dysponuje największym potencjałem i jeśli się wszystko ułoży, wróci do dawnej formy. Co do Kacpra Tomasiaka można było mieć wątpliwości przed rozpoczęciem sezonu. To był jego debiut na tym poziomie. Nie wiedzieliśmy, jak będzie reagował na ciągłe podróże, cotygodniowe starty. Nie miał z tym żadnego problemu. W Pucharze Świata wypadł najlepiej z Polaków.
Po raz pierwszy pojechał Pan na igrzyska w tak odpowiedzialnej roli – trenera głównego kadry narodowej w skokach narciarskich. A igrzyska to nie to samo co mistrzostwa świata.
Podkreślam – igrzyska olimpijskie są zupełnie inną imprezą sportową. Twarze członków innych drużyn są nam znane, ale widzieliśmy, że w Predazzo wszyscy reagowali na siebie i wobec siebie zupełnie inaczej. Aż trudno opisać tę emocjonalną zmianę. W powietrzu czuć było coś odmiennego. Taki był też ten pierwszy konkurs – na skoczni normalnej. W życiu czegoś takiego nie przeżyłem, takich skrajnych uczuć. Po pierwszych naszych zawodach, bardzo udanych przecież, ponieważ srebro wywalczył Kacper Tomasiak, myślałem, że będzie już tylko z górki; a jednak nie – każdy konkurs pisał własną historię i w każdym coś się działo. Trudno więc było mi się uspokoić. Życzę każdemu trenerowi, żeby przeżył emocje związane z występem olimpijskim swoich zawodników, bo to doświadczenie nieporównywalne z żadnym innym. Bezcenne.
Może to był olimpijski stres? I nie ma Pan wrażenia, że ta presja pokonała faworytów w pierwszym olimpijskim konkursie?
Myślę, że nie. Warunki były na tyle stabilne i na skoczni normalnej wygrali najlepsi zawodnicy w danym momencie. Philipp Raimund, Kacper Tomasiak, Ren Nikaido byli naprawdę najlepsi.
Jak ważną rolę odegrał psycholog w pracy z medalistami podczas igrzysk olimpijskich?
Na igrzyskach nie mieliśmy psychologa. Kacper w ogóle nie pracuje ze specjalistą od spraw mentalnych. W okresie przygotowawczym Paweł korzystał w pełni indywidualnie z porad Daniela Krokosza, będącego na stałe przy naszej kadrze. To były drugie igrzyska Pawła, przeżywał je bardzo mocno, szczególnie konkurs duetów. Nie spał przez całą noc poprzedzającą zawody. Summa summarum był nawet lepszy w tych konkursach niż Kacper. Nie tylko fizycznie, ale również mentalnie sprostał zadaniu.
Czy patrząc z dystansu, wie Pan już, co na igrzyskach zrobiłby lepiej?
Pracowalibyśmy tak samo. Mamy jednak dużo wniosków, które wciąż analizujemy. Już teraz staramy się wdrożyć to, co u nas nie funkcjonowało. Nie wszystko da się zrobić od razu, bo dotyczy to sprzętu, a w tym wypadku zalecana jest ostrożność, wynikająca z częstych zmian regulaminowych. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale musimy poprawić prędkości najazdowe. Nasi zawodnicy byli wolniejsi od rywali, szczególnie na skoczniach mamucich.
A co trzeba poprawić w treningu, technice, postawie Kacpra Tomasiaka?
Kacper, zdobywając trzy medale olimpijskie pokazał, że ma wielki talent, ale też to, że jest profesjonalistą. Na każdym treningu poświęca się maksymalnie i ma świadomość, że nie może odpuszczać, bo granica między zwycięstwem i porażką jest cienka. Każdy chciałby zostać na szczycie, ale łatwo z niego spaść. My, trenerzy, nie możemy zagwarantować, że w kolejnym sezonie Kacper wzbije się na jakiś niebotyczny poziom. Może być nawet trochę słabiej, ale patrzymy na rozwój Kacpra długofalowo. Wielką jego zaletą jest chłodna głowa. Postawą mentalną zaimponował nie tylko skoczkom, ale i innym polskim sportowcom. Zdajemy sobie sprawę, że sukces może go też zniszczyć, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, z jaką dojrzałością podchodzi do tych osiągnięć, czujemy się bardziej spokojni.
Nasz trzykrotny medalista olimpijski należał do systemu szkoleniowego, w którym każdy trener ma zadanie do wykonania na określonym etapie rozwoju zawodnika.
Czy nie trzeba go jednak odgrodzić od świata, od fałszywych doradców, trenerów ze złotymi radami, od szumu medialnego i popularności?
Wiemy, z jakimi zagrożeniami – wraz z wielkim sukcesem sportowym – może borykać się młody zawodnik. Nie przed wszystkim jesteśmy w stanie uchronić Kacpra. Jesteśmy w stałym kontakcie z rodzicami, bardzo odpowiedzialnymi ludźmi i zapewniliśmy ich, że zawsze mogą liczyć na pomoc trenerów, związku.
Jak się pan czuł, gdy po igrzyskach pojawiły się artykuły, wpisy w mediach społecznościowych, że to trener klubowy przygotował Kacpra Tomasiaka do igrzysk?
Wszystkim szkoleniowcom, którzy pracowali z Kacprem przez cały okres jego kariery należą się brawa – każdy dołożył cegiełkę do sukcesu na igrzyskach olimpijskich: zarówno jego pierwszy trener Jarosław Kanio, jak i Sławomir Hankus z SMS Szczyrk oraz tata Kacpra. Nasz trzykrotny medalista olimpijski należał do systemu szkoleniowego, w którym każdy trener ma zadanie do wykonania na określonym etapie rozwoju zawodnika. W ostatnim sezonie letnim Kacper należał do kadry B, którą prowadził Wojciech Topór. Wcześniej ja pracowałem z tą grupą. Do kadry A dołączył podczas ostatniego konkursu letniego Grand Prix w 2025 roku. W sporcie profesjonalnym nie da się działać w pojedynkę – aby odnieść sukces, trzeba stworzyć profesjonalną ścieżkę szkoleniową dla rozwojowych zawodników: od najmłodszych lat aż po wiek juniora. A szczególnie ważna jest pomoc trenerów w okresie przejścia do kategorii seniora. Wokół zawodników pracuje bardzo szerokie grono fachowców.
Do tego grona dołączył Stefan Horngacher. Jak pan zareagował na tę nominację?
Kiedy dowiedziałem się, że jest zainteresowany pracą w Polsce, byłem pierwszym, który zaaprobował ten pomysł. Od naszej decyzji zależało zresztą bardzo dużo. Jestem bardzo zadowolony, że osoba z tak dużym doświadczeniem trenerskim i wiedzą szczególnie technologiczną jest z nami. Pomoże nam się rozwinąć i daje nadzieję, że uzyskamy przewagę nad konkurencją. Będzie pomagał polskim skokom w wielu aspektach, ponieważ stanie się łącznikiem między kadrą A i B oraz pomostem między szkołami mistrzostwa sportowego i trenerami. Spodziewamy się częstszych konsultacji oraz regularnej wymiany myśli. Stefan stanie się dostępny dla wszystkich, a to jeden z najlepszych specjalistów na świecie w naszej dyscyplinie.
Badania naukowe wciąż są jednym z priorytetów w pana pracy?
W dzisiejszych czasach nie da się prowadzić procesu treningowego bez zaplecza naukowego. Ważne, żeby wszystkie informacje, które do nas docierają dzięki badaniom, odpowiednio zinterpretować i wdrożyć w szkolenie. I czasami wystarczą do tego proste dane z podstawowych badań. Najważniejsze, żeby trener umiał je zastosować w treningu. Ja sam lubię rozmawiać z naukowcami, starszymi i młodszymi trenerami, z fizjologami, fizjoterapeutami. Potem te informacje przefiltrowuję i dopasowuję do swojej pracy ze skoczkami. Wciąż mamy wiele pomysłów, aby wspomóc się nauką, nowoczesną technologią. Nie o wszystkim chcemy mówić. W tym środowisku nikt się nie chwali swoimi atutami. Natomiast chciałbym jeszcze raz podkreślić rolę profesora Michała Wilka. Dobrze się znamy, był moim wykładowcą, pracował przy naszej kadrze. Nasi zawodnicy znają go i jego metody. Efekty tej współpracy miały także wpływ na wyniki na igrzyskach.
Jak będzie wyglądał sezon poolimpijski?
W każdym sezonie mamy jakąś nowinkę techniczną do opracowania i zrozumienia, ponieważ przepisy się zmieniają. Dlatego już zaczyna się poszukiwanie najlepszego sprzętu, materiałów. Mocno się na tym skupiamy najpierw w sezonie letnim, a potem zimowym. Nie możemy tracić czasu, bo już za cztery lata kolejne igrzyska.
Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

/ForumTrenera