Aleksandra Jagieło: „Liderki w sporcie” to fantastyczne doświadczenie

Autor: Rozmawiał Łukasz Majchrzyk
Artykuł opublikowany: 31 sierpnia 2026

W Polsce w dalszym ciągu jest pewien opór i zanim kobieta obejmie wyższe stanowisko, to musi skruszyć różne mury i przebić szklane sufity, choć akurat muszę przyznać, że u nas w siatkówce pojawia się coraz więcej kobiet – mówi Aleksandra Jagieło, była siatkarka, członkini zarządu Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

Szkolenie w ramach programu „Liderki w sporcie”. Fot. Facebook/Akademia Zarządzania Sportem

Ma pani olbrzymie doświadczenie w zarządzaniu jako prezes klubu siatkarskiego i członkini zarządu PZPS. Czuła pani potrzebę, żeby jeszcze wziąć udział w szkoleniu Akademii Liderek?

Aleksandra Jagieło, prezes klubu BKS ZGO Bielsko-Biała: To było moje pierwsze w życiu szkolenie, bo całe życie zajmowałam się siatkówką w praktyce, a solidna dawka wiedzy teoretycznej też jest niezbędna. Po zakończeniu kariery zostałam rzucona niemal od razu na głęboką wodę, musiałam zacząć zarządzać zadłużonym klubem, nie mając w tym żadnego doświadczenia. Udział w całorocznym kursie był fantastycznym doświadczeniem.

Czego można się było dowiedzieć podczas takiego szkolenia?

Tematy były różne: od zarządzania czasem swoim i ludzi, z którymi się pracuje, przez wystąpienia publiczne i jakie są sposoby na oswojenie się ze stresem aż po to, jak budować swój wizerunek się w mediach społecznościowych i zarządzanie emocjami. Czułam się bardzo wyróżniona tym, że mogłam wziąć udział w pierwszej edycji kursu, bo było aż 45 kandydatur i znalazłam się wśród wybranych 15 kobiet. Oprócz wiedzy poznałam podczas kursów świetne dziewczyny. Cieszę się, że mogłam brać w tym udział.

Rozmawialiśmy już kilka razy i wiem, że talent do mówienia pani ma.

Na co dzień może niedużo mówię, ale wiem, że kiedy ktoś zada pytanie, to się rozkręcę. Nie wstydzę się mówić, bo wiem, że nawet kiedy się popełni jakąś gafę, to można to obrócić w żart. Wiedza na temat wystąpień też się przydała, bo dzięki temu można sobie pomóc przed kamerą.

ALEKSANDRA JAGIEŁO. Była reprezentantka Polski w piłce siatkowej (283 mecze), grająca na pozycji przyjmującej. Złota medalistka mistrzostw Europy (2003 i 2005) oraz brązowa medalistka (2009). Zawodniczka klubów: BKS Stal Bielsko-Biała, Rebecchi Rivergaro Piacenza, Muszynianka Fakro Muszyna, Chemik Police. Dyrektor sportowy, a  następnie prezes BKS ZGO Bielsko-Biała. Od 2021 roku członkini zarządu PZPS.

Kto jeszcze oprócz pani brał udział w pierwszej edycji szkolenia? To były przedstawicielki różnych związków sportowych?

Każda z nas, dziewczyn, która tam była, miała swoje doświadczenia w różnych sportach. Poznanie byłej lekkoatletki Małgorzaty Hołub-Kowalik to było dla mnie coś wspaniałego. Niedawno oglądałam mistrzostwa Europy i słuchało się świetnie jej komentarza, mogłam sobie powiedzieć, że ja z nią siedziałam i pracowałam na warsztatach. Każda z dziewczyn, która tam była wiele wnosiła do naszych zajęć. Były przedstawicielki różnych związków sportowych: jeździeckiego, żeglarskiego, kickboxingu.

Widać, że więcej kobiet  pojawia się na stanowiskach zarządczych w sporcie, czy w dalszym ciągu trzeba walczyć z przeciwnościami?

W Polsce w dalszym ciągu jest pewien opór i zanim kobieta obejmie wyższe stanowisko, to musi skruszyć różne mury i przebić szklane sufity, choć akurat muszę przyznać, że u nas w siatkówce pojawia się coraz więcej kobiet. W Tauron Lidze były już trzy panie prezes. W Bielsku-Białej jest jeszcze męski(rozmówczyni kieruje żeńskim, a wspomniana osoba męskim) BBTS, który prowadzi Ida Szostakowska. To się zmienia, ale sport, nawet kobiecy, jest w dalszym ciągu męskim środowiskiem. Trzeba uczciwie powiedzieć, że po części dzieje się tak z winy samych kobiet.

Dlaczego?

Boimy się ryzyka, boimy się podjęcia decyzji o tym, żeby spróbować, bo nawet jeśli się nie uda, to nie będzie to koniec świata. Można powiedzieć: dziękuję i odejść do innych wyzwań, a jeśli nie spróbujemy, to nigdy się nie dowiemy, czy nam się uda. Sama tak postąpiłam za pierwszym razem, kiedy dostałam od Sebastiana Świderskiego propozycję wejścia do zarządu PZPS. Powiedziałam mu „nie”, bo przecież mam dzieci, rodzinę i muszę się zająć domem. Potem zaświtało mi w głowie, że jeśli wszystkie będziemy tak odpowiadać, to nie będzie kobiet na stanowiskach. Dlatego w końcu zadeklarowałam: spróbuję.

Pierwszą przeszkodę na drodze do zarządzania w sporcie trzeba pokonać we własnej głowie?

To jest pierwszy krok, który należy wykonać, bo jeśli ktoś sam nie chce spróbować wejść wyżej na drabinie kariery, to nigdy tego nie zrobi. Należy sobie powiedzieć: dam radę, spróbuję i pamiętać, że w takich sytuacjach nie działa się  samemu, zawsze można liczyć na wsparcie zespołu.

W tym roku, podczas drugiej edycji, tematem pierwszego zjazdu było budowanie autorytetu. Kobietom działającym w męskim środowisku jest o to trudniej?

Z moich obserwacji wynika, że jeśli mężczyzna zajmuje wysokie stanowisko, to łatwiej jest mu zbudować autorytet. Oczywiście, nic nie dzieje się automatycznie i wszystko zależy od charakteru, bo jeśli ktoś jest łagodny, mało stanowczy, to trudno wypracować autorytet. Mówiąc o sobie, mogę stwierdzić, że miałam w zarządzaniu łatwiejszy start niż inne koleżanki, bo byłam cenioną zawodniczką, reprezentantką Polski. A jednak, kiedy zostałam prezesem klubu, i tak dochodziły do mnie głosy, że „przyszła do klubu siatkareczka, co ona wie o zarządzaniu, bo tylko bawiła się piłeczką”. Nigdy nikt mi tego wprost nie powiedział, ale wiem, że takie opinie się pojawiały. Mimo wszystko dzięki osiągnięciom boiskowym łatwiej było mi się zmierzyć z rolą prezesa klubu.

Jak prezesi klubów do pani podchodzili? Na początku musieli się przyzwyczaić?

Pamiętam, że musieli się przestawić, że nie jestem już zawodniczką, tylko pełnię taką samą funkcję jak oni. Jednak poszło to dosyć sprawnie. Ale jak pojawiał się temat kolejnych kobiet, to zawsze coś nie pasowało, bo ta „jest za bardzo pyskata”, kolejna „nie może dogadać się z innymi”. Odpowiadałam: „wy jesteście idealni, wszystkie wady widzicie tylko u kobiet”. Z takimi sytuacjami się mierzyłam.

Trzeba się było nauczyć rozmawiać, tak jak prezesi klubów?

Przez to, że byłam zawodniczką, wiedziałam, jak się rozmawia w środowisku sportowym, ale wchodziłam w środowisko prezesów spokojnie, bo nie jest to mój charakter ani sposób działania, że z miejsca robię rewolucję. Najpierw staram się poobserwować, pomyśleć o planie działania, poprzyglądać się. Na pewno było to na początku stresujące, że na spotkaniach zarządu byłam jedyną kobietą wśród 23 osób. Tam znów, tak jak w początkach mojej pracy w klubie, pomogła mi rola zawodniczki, bo widziałam, że mnie prezesi szanują z racji mojej kariery sportowej. Widzę, że jeśli ktoś chce wszystko wywrócić do góry nogami i od razu przeprowadzić rewolucję, to ma dwie drogi do przejścia: albo się będzie mierzył ze sprzeciwem, albo uda mu się pociągnąć innych. Staram się żyć dobrze z każdym.

Trudniej było wejść w rolę prezesa klubu, czy zacząć pracę w zarządzie PZPS?

Zdecydowanie trudniej było na początku pracy w klubie i to z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, przytrafiło mi się to zaraz po powrocie z urlopu macierzyńskiego, po drugie – niedługo po zakończeniu kariery, a wcześniej tylko przez chwilę byłam dyrektorem sportowym i zostałam rzucona na głęboką wodę. Przyszłam do klubu, który był mocno zadłużony i dopiero wtedy przekonałam się, z czym muszę się zmierzyć. Musiałam sobie to poukładać w głowie i liczyć na pomoc wielu osób dookoła, bo sama nic nie byłabym w stanie osiągnąć. Jestem wdzięczna przedstawicielom miasta, moim pracownikom i wielu innym osobom, które pomogły przejść przez ten okres i ułożyć sprawy klubowe, a także wspierały mnie emocjonalnie. Praca w zarządzie jest łatwiejsza, bo PZPS działa dobrze, a ostatnie lata to pasmo sukcesów, szczególnie w męskiej siatkówce.

Co powiedział Sebastian Świderski, kiedy proponował pani wejście do zarządu związku?

Zapytał się mnie, czy chciałabym z nim współpracować, bo on w siatkówce żeńskiej tak dobrze się nie orientuje, jak w męskiej, i chciałby mieć kogoś, kto jest w tym środowisku. Dla mnie to było ogromne zaskoczenie i może dlatego najpierw powiedziałam „nie”. Jest to jednak ogromne wyróżnienie i cieszę się, że Sebastian o mnie pomyślał, i dał mi szansę.

Na czym polega pani praca w zarządzie PZPS? Wiemy, że pomogła pani wybrać selekcjonera Stefano Lavariniego.

Jestem teraz przewodniczącą Komisji ds. siatkówki kobiet. Lavarini to najgłośniejszy medialnie wątek mojej pracy, ale jest tego o wiele więcej. Opiniujemy kandydatury wszystkich trenerów grup młodzieżowych, a jeśli pojawiają się jakieś nowe tematy, to jesteśmy proszeni o rekomendacje.

Jak przeżywała pani ratowanie klubu i jednocześnie radziła sobie z życiem rodzinnym?

Nie potrafiłam oddzielić pracy od życia prywatnego. W pewnym momencie mąż powiedział, że starsza córka mu się poskarżyła: dla mamusi ważniejszy jest klub. To musiałam poukładać sobie w głowie, że jednak to jest tylko praca, a prezesem się bywa, a nie jest. Teraz tę myśl mam z tyłu głowy, że dzisiaj jestem w gabinecie prezesa, a jutro może mnie tam nie być. Nie żałuję jednak, że poszłam tą drogą, bardzo dobrze zrobiłam, że się zdecydowałam, bo jest to praca moich marzeń. Cały czas działam przy siatkówce, pracuję z młodymi ludźmi, mam na co dzień zagwarantowane emocje, cały czas coś się dzieje. To mi sprawia ogromną frajdę i teraz już nie boję się, co będę robić później, nawet jeśli kiedyś skończę pracę prezesa klubu. Kiedyś zastanawiałam się, co będę robić, kiedy już skończę karierę sportową, a teraz nie mam obaw, bo praca prezesa klubu tak mnie zahartowała, że na pewno zawsze znajdę jakieś zajęcie.

Obecnie młode siatkarki szybciej wiedzą, czym się chcą zajmować po zakończeniu kariery?

Niektóre na pewno wiedzą, w którą stronę chcą pójść, ale bardziej zależy to od charakteru człowieka, a nie od pokolenia, w którym się urodził. Teraz jest bardzo modne budowanie kariery dwutorowo, dziewczyny pokazują się w social mediach. Ja osobiście nie odnajduję się w tym świecie, ale zdaję sobie sprawę, że to może być pomysł na przyszłość.

Kiedyś zastanawiałam się, co będę robić, kiedy już skończę karierę sportową, a teraz nie mam obaw, bo praca prezesa klubu tak mnie zahartowała, że na pewno zawsze znajdę jakieś zajęcie.

Wróćmy jeszcze do zarządzania w sporcie. Widać, że jest więcej kobiet?

To się bardzo zmienia i moim zdaniem pomagają w tym przepisy, wymagające tego, żeby w zarządach było 30 proc. kobiet. Może niektórzy uważają, że jest to przepis wprowadzony na siłę, ale jakby nie było tego wymogu, to takie sprawy nie posuwałyby się do przodu. Na początek trzeba się mocno rozglądać, żeby znaleźć kompetentnego do pracy w zarządzie, ale z biegiem czasu ten problem zniknie.

Co z tego, co nauczyła się pani na kursie Akademii Liderek w Sporcie, wdrożyła pani do swojej pracy?

Z każdego wykładu udało mi się coś wynieść, ale na pewno pierwszą rzeczą, którą zmieniłam, był mój profil na LinkedIn, a dodam, że z pewnym trudem przychodzi mi działanie w mediach społecznościowych. Na pewno duże znaczenie miało również szkolenie z radzenia sobie z emocjami. Chodziło o to, żeby znaleźć sposoby na trzymanie nerwów na wodzy, niewybuchanie i niemówienie od razu tego, co się myśli. Milczenie jest złotem i ta zasada się sprawdza.

Co by pani powiedziała kobietom, które się wahają, czy spróbować, i nie są pewne, czy pogodzą życie rodzinne z zawodowym?

Ważne jest to, jaki ma się charakter i jakich ludzi dookoła siebie. Sama mogę powiedzieć, że mam ogromne wsparcie w mężu i dlatego pewne rzeczy łatwiej robić, bo wiem, że kiedy mnie nie ma, to tata przejmie funkcje domowe. Jeśli nie spróbujemy, to się nie nigdy nie przekonamy, czy taka droga nam pasuje, a zastanawiać się i gdybać w nieskończoność jest bez sensu. Komuś się może wydawać, że zarządzanie to wspaniała praca, ale kiedy ją zacznie wykonywać, to przekonuje się, że jednak niekoniecznie jest dla niego. Jeśli czasami się ktoś mnie poradzi, co ma zrobić, to zawsze podpowiadam, żeby spróbować, bo można się wycofać.

Co kobiety mogą wnieść do środowiska sportowego w Polsce?

Przede wszystkim, oprócz swoich kompetencji, kobiecą empatię i mogą pokazywać kolegom, że nie wszystko trzeba załatwiać na ostro, nie wszystko przepychać siłą według własnego pomysłu. Zawsze jest pole do dyskusji i przedstawiania argumentów, warto być bardziej dyplomatycznym.

RAZEM TWORZYMY MISTRZÓW

Aleksandra Jagiełło (w środku) z młodzieżową reprezentacją Polski w siatkówce. Fot. PZPS